Jak powstaje Elysium, część pierwsza.

Trzysta pięćdziesiąt metrów kwadratowych zieleni, trzysta pięćdziesiąt metrów kwadratowych źródła potencjalnych smakołyków … tak w mojej wyobraźni powstało Elysium, raj dla smakosza, raj dla kochającego zieleń i bliskość ziemi. Ale jak to się wszystko zaczęło i jak to się wciąż tworzy? …


Na początku był chaos :D Chwasty i zdziczałe kwiaty, drzewka i krzewy rosły sobie spokojnie, nie przeczuwając nadchodzącego tajfunu. Uschnięta wiśnia, która powodowała łezkę z oku, na wspomnienie jej idealnych do przetworów owoców, zarośnięta ścieżka, tak że niemalże chciało się chwycić maczetę, by dostać się na jej koniec, drzewa nie prześwietlone, zacieniające wszystko wkoło …


… maliny ukryte między wybujałymi trawami i agresywnym powojem, wszędobylskie paprocie, poziomki nieśmiało rosnące pod dywanem traw i chwastów oraz glicynia, której pnącza zdewastowały balustradę ganku, a korzenie podeszły pod fundamenty, doprowadzając do ich popękania … pracy zapowiadało się wiele.


Pozostało więc zakasać rękawy i powoli, krok za krokiem, łopata za łopatą dążyć do celu. Na pierwszy ogień poszła ścieżka i uwolnienie poziomek oraz malin. Oczywiście podlewania było co nie miara, skoro maj i czerwiec obdarowywały nas słonecznymi dniami.


Mój Bohater zabrał się ciężkie prace. Uschnięta wiśnia, zdziczała morelka, pniak po dawno ściętej starej śliwie … a to wszystko przy użyciu toporka, małej piły, łopatki i wideł. Ale udało się :)


Mi pozostały prace na moje siły – wycinanie chorej róży, usuwanie korzeni kwiatów, chwastów i wszystkich innych darmozjadów, wyciąganie czterdziestoletnich betonowych obrzeży. Worki ze śmieciami mnożyły się szybciej niż króliki, a stos gruzu przekroczył w końcu tonę.


W czasie tych prac mieliśmy wielu gości. Niektórzy z nich bardzo mile widziani – gołębie hodowane przez naszego wspaniałego sąsiada Pana Zbyszka, szpaki i sikorki, czasem sroczka się pojawiła. Ale byli i Ci niechętnie widziani. Ślimaki … wrrrr … widząc je, już widziałam te przyszłe liście jarmużu zjedzone przez te darmozjady. Hmmm, nie będę się wdawać w szczegóły moich działań, ale populacja ślimaków zmniejszyła się wielokrotnie … z czego jestem bardzo dumna. Mniej dumna jestem z moich reakcji na osy (no wiecie, to paniczne bieganie w kółko jak z kreskówki, na szczęście nie krzyczę … zbyt głośno :D) … dość powiedzieć, że służę jako "osowy" alarm, ale czemu się dziwić skoro ich użądlenie kończy się dla mnie karetką i zastrzykami.


Rozbawienie towarzyszyło nam również przy niektórych pracach, a szczególnie przy … likwidacji Oczka* … Wodnego. Zmęczenie już zaczęło dawać się we znaki, łatwo więc wpadaliśmy w głupawki, a teksty w postaci "likwidacja oczka", "wrzuć to do oczka" powodowały salwy śmiechu. A przecież chodziło tylko o dawne oczko wodne, w którym moja Babcia rybki hodowała, a ja zamarzyłam sobie, aby w tym miejscu ogromnego ziemnego grilla zrobić. Gra słów jednak rozbrajała nas dokumentnie … ba! dalej rozbawia :D

* Dla wszystkich niezorientowanych – Oczko to również nick wspaniałej babeczki, co to smaczne bełkoty pisze i piękne kadry łapie.


I nadszedł czas na prace główne. Skoro kompostowniki już były przygotowane, skoro dawne oczko w miejsce składowania się zmieniło, skoro ścieżką dało się już wejść bez niebezpieczeństwa podrapania się różami i zagubienia w morzu paproci, za przekopywanie się zabraliśmy. Najpierw łopata i widły szły w ruch, potem grabki i własne dłonie, by korzenie wyciągać, potem grabie, by wyrównać teren …


… brzmi łatwo? Oj wierzcie mi, tak prosto nie było! Ciężka, gliniasta gleba wcale nie dawała się łatwo oczyszczać, a ciągłe deszcze w kratkę ze słońcem nie raz zniweczyły raz już spulchnioną i przygotowaną do oczyszczania ziemię. Samo wyrównywanie terenu, który poligon po ćwiczeniach z granatami przypominał, też nie było takie oczywiste. Grabie może i normalnie się do tego nadają, ale nie tym razem. Wielka deska jako paca i praca na kolanach, by choćby w miarę płaskie płaszczyzny uzyskać, były absolutnie konieczne.

Wracaliśmy umorusani od stóp do głów, z grubą warstwą ziemi na skórze, zmęczeni tak, że ledwo szuraliśmy nogami, nie raz czując że nie damy rady, a kapryśna pogoda wykończy nasze plecy, ręce i kolana … ale wtedy wracaliśmy i walczyliśmy z oporną ziemią i każdy widoczny efekt, nawet niewielki był dla nas niczym wejście na Mount Everest – potężną dawką bólu i radości, nieograniczonym morzem satysfakcji z pokonania wszelkich przeciwności.


Ponad miesiąc zajęły nam te prace, w czasie których zamiast o Elysium, raczej o Tartarze rozmyślaliśmy, ale w końcu niemalże cała część pod przyszłą warzywniczo-owocową część była oczyszczona i wyrównana. Nadszedł czas więc na wytyczenie grządek. Prowizoryczny, ciągle zmieniany projekt, kilka patyków, miarki i dratwa … to był bardzo przyjemny dzień. Dostosowanie planów, kombinacje jak tu zmieścić jeszcze jeden krzak porzeczki czy pnącza mini-kiwi, wbijanie bambusowych patyków i łączenie ich dratwą, by zobaczyć jak to wszystko będzie wyglądać … lubię takie działania. Wreszcie z ciągłego niszczenia, zaczęliśmy też coś tworzyć :)


Najpierw przy ogromnym poświęceniu mojego Bohatera powstały rabatki, ogrodzone plastikowymi obrzeżami. W początkowych planach miały to być podwyższone rabatki ogrodzone drewnianymi kantówkami, ale niestety koszt takiej inwestycji daleko przekroczył nasz budżet, trzeba więc było zastosować rozwiązania pozostające w naszych możliwościach.

Rowki kopane w ubitym i wyrównanym terenie mogą wydawać się dziecinną zabawą w piasku, ale nie gdy kopie się je w ciężkiej, gliniastej glebie, a ramiona i plecy nie odpoczęły jeszcze po przekopaniu, oczyszczeniu i wyrównaniu całego terenu. Plastikowe obrzeża zasypane i już rabatki i ścieżki były oddzielone, przygotowane do nawożenia i nasadzeń. Wierzcie mi, pomimo bólu każdego mięśnia w naszych ciałach, patrzenie tamtego dnia na działkę sprawiało, że czuliśmy się uskrzydleni. To był pierwszy kamień milowy w naszych ogrodowych zmaganiach, nasz pierwszy wielki sukces i nieokiełznana fala radości.


Do pełni szczęścia zostało jeszcze kilka wykończeniówek – ścieżka przy malinach rosnących przy płocie, rabatka na różę pomarszczoną, moje małe marzenie by mieć własne źródło do tworzenia konfitur z płatków i owoców tych pięknych krzaków. Bo przecież celem naszych trudów jest stworzenie nie tylko pięknego, ale przede wszystkim smakowitego zakątka. Dla darmozjadów, nawet bardzo pięknych nie ma tam miejsca :)


Nadszedł czas na odżywianie … w końcu przecież jestem taką szaloną osóbką, która uwielbia karmić innych. Dlaczego więc nie dokarmić gleby, dżdżownic i innych pożytecznych żyjątek, by później pomogły mi w uprawie smakołyków? Oczywiście nie było mowy o żadnej chemii i sztucznych nawozach. Dokształcona w między czasie o biologicznych metodach uprawy, zaopatrzyłam się w humus activ papkę i rosahumus, dwa specyfiki które w swej płynnej postaci nie raz będą stawać się nektarem dla roślinek.

Kto choć trochę słyszał o uprawie, wie co od najdawniejszych czasów było używane do nawożenia. Mowa oczywiście o oborniku. No prawda, nie jest to zbyt apetyczny, ani najwspanialej pachnący element do dyskusji, ale daje kopa roślinkom jak nic innego. Oczywiście musi być to obornik z gospodarstw ekologicznych, by nie wpuszczać do gleby żadnych sztucznych paskudztw, które mogłyby przyprawić dżdżownice o ból brzucha :) A by jeszcze było wygodniej wyszukałam suszonej wersji, dzięki temu dawało się wytrzymać jego … hmmm … zapaszek ;D


Activ papka, rosahumus, obornik … to jeszcze nie koniec. Ciężka, od dawna nie nawożona gleba potrzebowała dodatkowego wspomożenia nie tylko, by wzbogacić się w składniki mineralne, ale również w celu rożluźnienia. To zadanie przejęły niepozorne nasionka zielonego nawozu. Łubin żółty, facelia i gorczyca z malutkich, pięknych kuleczek przekształciły się i wciąż przekształcają w śliczne zielone dywany, które na jesieni zarówno wzbogacą kompost, jak i rozluźnią glebę swoimi korzeniami, pozostawionymi na zimę.

Ufff, dokarmianie zakończone. To była chyba największa uczta, jaką urządziłam ;D


Piszę o mojej i mojego Ukochanego pracy, ale wierzcie mi nie byliśmy porzuceni tam na pastwę losu. Różne dobre duszyczki spieszyły nam z pomocą. Połówek za wycinanie mega przerośniętego i niestety obumierającego jaśminowca się wziął, a Pola plecki męczyła uwalniając maliny spod tyranii powoju. Praca w grupie od razu była weselsza i wszystkim nam raźniej było i przy pracy i przy stole.

Trudno wyrazić słowami wdzięczność jaką czułam w serduszku, bo zwykłe "dziękuję" wydaje się zbyt małe. Ale nie ma dobrych słów na wielkie emocje, dlatego jeszcze raz Wam ogromnie dziękuję :*


Również wśród działkowych sąsiadów wiele ciepłego podejścia nas spotkało. Szczególnie dwójka z nich – Pani Ania i Pan Zbyszek, są niemalże jak najbliższa rodzina, dzieląc się nie tylko swoją wiedzą i plonami, wspomagając pożyczkami prądu czy sprzętu, ale i własną pracą, jak przy wyciąganiu wielkiego korzenia jaśminowca przy użyciu pomysłowego zestawu lin i dźwigni. Zaoszczędziło nam to dzień pracy, a trwało dzięki specjalistycznemu narzędziu niecałą godzinę.

Wierzcie mi, dusza rośnie, gdy pozornie obcy ludzie stają się tak bliscy. Pewnie zabrzmię naiwnie, ale niewiele jest wspanialszych przeżyć niż ciepło i troska ofiarowana od innych, a tworząca się w czasie takiej wspólnej pracy więź jest niezwykła i piękna.


Wtedy nadszedł czas sadzenia. Torf kwaśny i piasek zakupiony, kora już czekała, a sadzonki zamawiane regularnie, przyjeżdżały niemalże jak po sznurku. Na rabatkach warzywnych zielenił się zielony nawóz, a pozostałe rabatki zostały przeznaczone na wieloletnie roślinki – krzewy i byliny, wszystkie wybierane pod kątem smaku, ale i wyglądu, by cieszyć podniebienia i oczy.


Do rosnących już pięciu krzaczków wysokiej borówki amerykańskiej rosnących wokół śliwy brzoskwiniowej dołączył jeszcze jeden, a na rabatce obok ulokowały się niskie jej odmiany. Wszędzie też pod nimi zadomowiła się blisko setka krzaczków żurawin. Wszystkie te kwasolubne roślinki nie tylko dostały torfu, piasku i obornika, ale i ściółkę z kory sosnowej. Śliczny kawałek lasu :)


Kolejnym leśnym elementem stały się dwie rabatki oddzielające część rekreacyjno-sadowniczą od warzywniczo-owocowej. Jagoda kamczacka pospołu z bażyną czarną, każda w dwóch odmianach będą nas nie tylko urozmaicać teren pod drugą śliwką, odmiany węgierki dąbrowickiej, ale zarówno cieszyć swymi smakowitymi jagódkami, jak i pięknie przebarwiającym się w ciągu roku listowiem na tle sosnowej kory.


Ale, ale, kwiaty też potrafią być smakowite, a do tego radują oczy swoim urokiem. Pierwsze na rabatkach pojawiły się róże. Nie żadne wymyśle, tylko nasze pospolite, tak często niedoceniane róże pomarszczone. Będą dekorować działkę swymi różowymi kwiatkami, głębokim zielonym odcieniem liści, a potem czerwono-pomarańczowymi owocami, by w końcu pojawiać się w słoikach i buteleczkach, zimą przypominając wiosenne i letnie dni.

Pojawiły się też niezwykłe, choć jak najbardziej dostosowane do naszego klimatu roślinki. Aktinidia ostrolistna Issai, potocznie zwana mini kiwi będzie witać nas i naszych gości pnąc się po pergoli nad wejściem, przyozdabiając ją swymi dekoracyjnymi liśćmi, a potem racząc malutkimi owocami o smaku kiwi. Już nie mogę się doczekać, choć przy tej roślince będę musiała uzbroić się w cierpliwość, gdyż w owocowanie wchodzi dopiero po kilku latach. Ale jaka wtedy będzie radość!


Zamówiłam już blisko pół tysiąca najróżniejszych sadzonek i zawsze … no prawie zawsze były w rewelacyjnym stanie. Doskonale zabezpieczone, z bryłą ziemi, czasem w doniczkach, czasem w folii, troskliwie zapakowane. Ale niestety w tej niezliczonej ilości dostawców, znalazł się jeden sprzedawca który ogromnie mnie rozczarował. Sadzonki rabarbaru przyjechały upchnięte w malutkie pudełko, zapakowane po kilka w torebki po chlebie, w których wciąż były okruszki. Korzenie i łodyżki połamane … nie mogłam uwierzyć jak można z taką lekkomyślnością traktować roślinki. Na szczęście w nieszczęściu rabarbar to roślina, któa wyrośnie na gwoździu, więc większość sadzonek chyba się przyjmie. Niestety jednak z dwunastu korzeni, trzy jak na razie zupełnie się ruszyły. Zobaczymy jak będzie.


W czasie kiedy mój Ukochany wkopywał obrzeża wokół rabatek, ja zabrałam się za odmianę altanki, która służy nam jako jadalnia pod chmurką czy miejsce odpoczynku. Do tej pory zawsze rosła na nim winorośl, ale ja nie chcę mieć roślin, które wprawdzie mogą karmić swoimi owocami, jednak nie czują się dobrze w naszym klimacie, co odbija się na ich smaku. Po co mi winogrona, które rok w roku nikomu nie smakowały, a tworzyły tylko kłopot, bo jak tu pozostawić je na zmarnowanie.


Długo czytałam i szukałam, aż w końcu znalazłam odpowiedniego kandydata. Cytryniec chiński, podobnie jak mini kiwi brzmi egzotycznie, jest jednak roślinką, która nie tylko dobrze się czuje w naszym klimacie w czasie wiosny, lata i jesieni, ale wytrzymuje nawet siarczyste mrozy. A do tego z czasem będzie nie ocieniać całe miejsce, rodząc czerwone malutkie owoce, doskonałe na przetwory – konfitury, chutney'e, nalewki.
 
Na dole wsadziłam dwa z jedenastu rabarbarów i mocno trzymam za nie kciuki. Pewnie jeszcze pomiędzy nimi pojawią się jakieś jadalne kwiatki, może pierwiosnki i fiołki hmmm zobaczymy.


Kiedy nawozy już zostały rozłożone, gdy zielony nawóz zaczął wschodzić, a sadzonki zostały już bezpiecznie umieszczone w ziemi, nadszedł czas na wysiew trawy na ścieżkach i podlewanie … podlewanie … podlewanie. Nie nie tylko podlewanie. Za nami było już 2/3 działki uporządkowanej i zaczynającej nowe życie, a przed nami część, która ma być rekreacyjna, ale i sadownicza. Za miesiąc przyjadą dwie morele i dwie wiśnie, a przed nami jeszcze moc pracy z uporządkowaniem trawnika, wycięciem starych drzewek … o tym jednak napiszę już innym razem.


Na razie zaczynam cieszyć się plonami i pierwszymi przetworami. Dżem z brzoskwiń z goździkowym akcentem już powstał i nawet znalazł swoją zagorzałą fankę, owoce pigwowca już niedługo zmienią się w nalewkę, a maliny … hmmm … no jeszcze sama nie wiem co z nich powstanie, ale na pewno Wam o tym opowiem. Na drzewach wciąż dojrzewają gruszki, a borówki … o nich zaraz będzie.


Tymczasem podczas tych ostatnich tygodni musieliśmy się smacznie pożywiać, by mieć siły i energię do tych wszystkich prac. Najczęściej na grillu pojawiały się kiełbasy z mojego ulubionego sklepu "Befsztyk", które podwędzaliśmy jeszcze dodatkowo a to drewnem moreli, a to wiśni czy gruszy. Ależ to było dobrze. Szczególnie z grillowanymi pomidorkami i pieczywem, hojnie polane oliwą.


Steki (przepis tutaj) w tak różnorodnych marynatach, że już nawet wszystkich ich nie pamiętam, też były częstym gościem na stole. Pojawiła się i zamarynowana na lekko ostro karkówka, czasem jakaś rybka wskoczyła na żar, a nawet kurczak pieczony wstępnie w domu (według przepisu Amaro), a później zrumieniony na działce. Do tego pieczywo i … warzywa.


Ich wcale nie musiałam dużo kupować. Czemu? Gdyż różni dobrzy sąsiedzi, głównie Pani Ania, aż zasypywali nas ogórkami, czasem fasolką czy buraczkami, a ja mam nadzieję, że w przyszłym roku będę mogła odwdzięczyć się im również własnymi plonami. Nie raz zdarzyło się, że nie wyrobiłam się, aby przygotować sobie lunchu na działkę, ale wtedy właśnie ratowały mnie ogórki, kromka chleba, kapka oliwy i szczypta soli. Zajadane w cieniu, w chwili wytchnienia dodawały mi sił i ogrzewały duszę.


Za to na deser przez cały lipiec i sierpień były borówki. Nawet pomimo tego, że dwa krzaczki nie owocowały w tym roku, na naszą dwójkę borówek było co nie miara. Najczęściej zajadane prosto z krzaczka, czasem zabierane do domu i przerabiane na koktajle popijane na śniadanie lub zabierane w słoiczku, by delektować się nimi w czasie ciężkiej pracy. Zakochana jestem już od dawna w tych wspaniałych i zdrowych owocach. Nie dziwi Was więc mam nadzieję, że wsadziłam dodatkowe 6 krzaczków, a i jeszcze podobną do nich jagodę kamczacką :)


Ale największy rarytas do tej pory powstał nie na mojej działeczce, a w domu dzięki kurkom Pani Ani, która hoduje piękne ozdobne odmiany. Tak miło patrzeć na te ślicznotki jak chodzą, dziobią ziemię czy wylegują się w cieniu krzaczków. Pewnego dnia jednak spotkało mnie dodatkowe szczęście. Nadmiar ich jajek został mi podarowany. Tego dnia nie mogłam się doczekać następnego ranka i śniadania.


Tost z masłem, szczypiorek z balkonowej doniczki i jajecznica na maśle … niewiele jest wspanialszych i prostszych rzeczy. Piękno i prostota, doskonały smak przy minimum formy … idealne śniadanie. Ach, rozmarzyłam się na myśl o własnych kurkach :D


Można pomyśleć, że teraz czeka nas już tylko wypoczynek i cieszenie się patrzeniem na rezultaty naszej pracy. Niestety nasze Elysium jeszcze nie w pełni zasługuje na swoje imię. Oczyszczenie darni, rozdrobnienie konarów, ścięcie drzew, założenie trawnika, posadzenie nowych drzew, przycięcie zbyt rozrośniętych pozostałych śliw, jabłoni i gruszy … ufff … roboty jeszcze wiele, a kolejnymi efektami mam nadzieję, że niedługo się Wam pochwalę :)

Tylko proszę, trzymajcie kciuki za pogodę. Jak mam wsadzać truskawki, które przyjadą w przyszłym tygodniu jak zapowiadają cały tydzień deszczy? Zna ktoś jakieś dobre zaklęcie na pogodę, czy może powinnam poszukać ogromnego parasola :D

Do zobaczenia Kochani i smacznego.

17 myśli nt. „Jak powstaje Elysium, część pierwsza.

  1. Weekendowe przekładanie dżdżownic z kopy na mogiłę przyprawiło mnie o ból pleców. Ale to był bardzo dobry wysiłek. I pamiętaj o mnie w sprawie Pani Ani ;)
    W razie gdybyś nie miała gdzie trzymać słoików z przetworami, mój żołądek chętnie przyjdzie z pomocą ;)
     
    buziak

  2. Tili, padam do nóg. To niezwykłe przedsięwzięcie. Olbrzymie w swoim wymiarze. Jesteście bohaterami. Ja po cichu zazdroszczę możliwości realizowania pasji ogrodniczej.  Jestem pełna podziwu i serdecznie pozdrawiam.

  3. Tili – kapelusze z głów! Wiem, o czym piszesz, bo próbowaliśmy kilka lat temu uprawiać działkę po Dziadku, a teraz bawi się w ogrodniczkę moja Siostra – na swojej, dużo większej działce… Takie początki  to galernicza praca! Podziwiam Was za to, że nie odpuściliście i porządnie zaplanowaliście rabaty. No i to wyrównywanie terenu – nigdy mi się nie udało!
    Trzymam kciuki! Świetnie się czyta i ogląda taką relację. Proszę o ciąg dalszy :)

  4. Przede wszystkim …..chyle bardzooooooo czola przed tym niesamowitym ogromem pracy,ktora odwaliliscie,na pewno powstaly w ten sposob ogrod odwdzieczy sie wspanialymi i roznorakimi plonami.
    Wspaniala fotorelacja z przebiegu prac na froncie!!!!!czekam na dalsze czesci z niecierpliwoscia :)
     
    Pozdrawiam cieplutko :)

  5. Aga, bez obaw, pomoc zawsze się przyda, a zdrówko najważniejsze :*

     

    U, dzięki :)

     

    Oczko, wielkie dzięki za ostatni weekend :* Ja też padłam – plecy tak mnie bolą, że dziś nie miałam siły pojechać na działkę, więc dopiero od jutra zabieram się za przygotowanie grządek na truskawki i pod maliny :) A słoiczki stoją na blacie :)

     

    Aniu, no w tym roku to pewnie nie, ale w przyszłości bardzo chętnie pomożemy :)

     

    Pinkcake, to dopiero będzie Elysium, ale zmierzamy do tego wielkimi krokami :)

     

    Wiosenko, i mam nadzieję, że będzie spełniać marzenia smakoszy :)

     

    Lo, u Ciebie też można by zrobić smakowity warzywnik – jak byś potrzebowała pomocy, dawaj znać :)

     

    Anno, właśnie to wyrównywanie terenu było najcięższe, ale wierz mi było konieczne :)

     

    Gosiu, dalsze części pewnie pojawią się jakoś w najbliższym miesiącu, bo i tak do połowy października musimy wszystko zrobić, a zostało jeszcze moc pracy. Dzięki :)

  6. Jestem pełna podziwu dla waszej pracy …. pięknie ta u Was:) …a borówki mam 3 krzaczki, w tym roku buyło kilka jagódek …ale chciałabym zasadzic jeszcze kilka …borówek nigdy za wiele, tak sa pyszne:)

  7. Zazdroszcze czasu przede wszystkim. A gdzie kupiliście drzewa? My tez mamy juz zaplanowane. W tym roku plony liche, ale jedna partie zielonego nawozu juz skopałam, jedna całkiem duża i wysiałam kolejne. Bo ziemia u nas marna. Robimy tez prima sort nawóz z ryb i trocin (trocin jak wiadomo may pod dostatkiem) i mamy obiecany obornik ( reflektujesz?). Tymczasem troche zarazy na pomidorach ( ale i tak jestem dumna bo z nasion) i cukinie marne ( ze trzy tygodnie za pózno posiane). Problemem pozostaje gdzie umiescic nasze tluste dżdżownice na zimę. I co robic by kapusty, sałaty i zioła dawały liście i głowy zamiast kwiatów?
    Rabarbar i topinambur zjadły mrówki zanim wykiełkował ( niech mi nikt nie mówi że są pożyteczne. No i chyba uodporniły się na boraks).

  8. Jolu, sadź koniecznie, teraz jest dobry moment, ale pamiętaj by podsypać im kwaśnego torfu i wyściółkować korą, dobrze jest też zastosować mikoryzę, a plony będą przyzwoite :)

     

    Narzeczono, Drzewa kupiliśmy na allegro, ze szkółki "Jagodzińscy" (nazwa sprzedawcy Tercja_TJ) z Lusowa (to zdaje się gdzieś pod Poznaniem). Drzewka i krzewy owocowe dopiero do nas przyjadą, bo są wykopywane po 30 września.

    My zielony nawóz niestety późno zasialiśmy, więc z jego przekopaniem poczekam jak najdłużej.

    No, nawóz z ryb i trocin to Ci dopiero smakołyk dla roślinek – pod pomidory go podsypuj, bo zdaje się, że ma dużo potasu, a one to lubią.

    A obornik skąd masz? Wiesz, ten który kupuję jest suszony, więc mniej miejsca zajmuje, a w warunkach mojej działki to ważne. Poza tym na ten rok mam go dosyć, a przez zimę nie mam go gdzie trzymać, ale na wiosnę kto wie, odezwę się :)

    A jaką zarazę miałaś na pomidorach? Zarazę ziemniaka czy jakąś inną chorobę lub po prostu niedoskonałości po zbyt dużych opadach? Jeśli to zaraza ziemniaka to nie sadź w tym samym miejscu w przyszłym roku ani pomidorów ani ziemniaków ani żadnych innych psiankowatych, bo też będą porażone.

    Dżdżownice na zimę jeśli masz w kompoście lub w beczkowej hodowli okryj na zimę grubym dywanem, a pod dywan włóż gałęzie jakiś iglaków. Powinno być im wystarczająco ciepło.

    Hmmm, co do sałaty i kapusty i ich kwiatów to pamiętam, że gdzieś o tym czytałam, ale teraz nie pamiętam. Jak odszukam to info, to Ci prześlę :)

    Ja na mrówki sypię też jakiś proszek (teraz nie pamiętam jego nazwy, ale sprawdzę i Ci podeślę) i póki co działa rewelacyjnie – po trzech dniach nie ma mrowiska :)

    A czemu nie rośnie Wam gorczyca? Może za głęboko ją posadziliście. Jej nasionka najlepiej po prostu rozrzucić na spulchnionej glebie, podlać i zostawić do wykiełkowania. Ja tak zrobiłam i wyrosła koncertowo :)

    A jakie rybki polecasz? Chodzi o ten nawóz? Jak będziecie mieli jego nadwyżki w przyszłym roku to bym się uśmiechnęła do Was :D

  9. Tili ,zachwycam się Waszymi siłami i energią. Gdybym tylko mogła… robiłabym tak samo:) . Też mam tego ducha:)  Realizuję to, w miarę możliwości , u mamy w ogrodzie:) Na szczęście…:)
    Wspaniały post, świetna relacja!
    Nadal siły i uśmiechu, no i radości z plonów wszelakich! A później zasłużonego zimowego odpoczynku:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *