Truskawkove love.

Uwielbiam truskawki! Mogłabym je jeść na tony, przerabiać, piec, używać do dań wytrawnych i tych na słodko. Po prostu wszędzie! Ale, jest jedno ale. Czekam na te najlepsze, krajowe i najlepiej lokalne, czasem z własnej działki, a czasem na bazarze od pana o pomarszczonych dłoniach. Kiedy więc w kwietniu zaczyna się wiosna na całego, u mnie zaczyna narastać radosne wyczekiwanie na truskawki.
 
SONY DSC
 
Lubię je same, lubię je w plackach, ale jedną z najsmaczniejszych dla mnie form to są koktajle. Gdy dodać jeszcze do nich garść poziomek, to już jest niebo w gębie. Taki koktajl może być na bazie wszystkiego – mleka krowiego, koziego, roślinnego, z dodatkiem śmietanki lub bez, na jogurcie, maślance, kefirze. Truskawki lubię w tych najprostszych z prostych ich odsłonach, bez udziwnień, bez nadmiernych dodatków, choć od czasu do czasu jakaś mięta czy wanilia dobrze im zrobi.
 
SONY DSC
 
Wiosną w ogóle nachodzi mnie ochota na koktajle. Te zielone, pomarańczowe czy czerwone, zależnie od tego co wrzucę do kielicha blendera. Zwykle jest tam też banan lub dwa, dla smaku i konsystencji oraz dla dodania energii, gdyż taki koktajl to zwykle moje drugie śniadanie, a ostatnia szklanka to przekąska w między czasie, by doczekać do obiadu.
 
SONY DSC
 
Ale nie tylko tak naturalnie podane truskawki lubię. Lubię też zamykać je w słoiku. Najbardziej w konfiturze, gdzie pływają całe owoce, ale i w nalewkach. Taka truskawkowa nalewka otwarta zimną i deszczową jesienią to prawdziwy rarytas i przypomnienie lata. Nalewkę na truskawkach robię jak wszystkie pozostałe, a same owoce po oddaniu ich smaku do alkoholu, mieszam ze świeżymi truskawkami, czasem też z malinami i robię z nich sos dla dorosłych do placków czy naleśników. Bo gdy kocha się truskawki, to nic nie może się zmarnować :)
 
 
Koktajl truskawkowy
 
Do kielicha miksera wrzucam truskawki do ok. 2/3 wysokości, dodaję 1 lub 2 banany (przy jednym koktajl jest bardzo płynny, przy 2 jest znacznie gęstszy) i dolewam płynu na jaki mam ochotę i jaki aktualnie mam na stanie – jakiś rodzaj mleka, kefir, śmietana, jogurt, itp. Zwykle nie słodzę, bo jak pisałam powyżej czekam na te najlepsze, słodkie truskawki, a dodatek bananów zwykle załatwia sprawę, ale jeśli mam ochotę na słodszy koktajl to zwykle dodaję niepełną łyżkę miodu lipowego. Miksuję i wypijam ciesząc się wiosennym słońcem.
 
Nalewka truskawkowa
 
Mam swoją ulubioną proporcję na nalewki, którą stosuję zawsze, bez względu na rodzaj owoców czy alkoholu. Jest to 1 kg owoców na 1 litr mieszanego alkoholu (zwykle pół na pół spirytus z wódką) i między ćwierć a pół kilo cukru (zależy od słodyczy owoców, nie lubię ulepkowych nalewek, ale też nie przepadam za wytrawnymi).
 
Najpierw zalewam owoce alkoholem i odstawiam na 10-14 dni. Potem zlewam alkohol i owocę zaypuję cukrem, odstawiając na 10-14 dni, ale tym razem co 1-2 dni wstrząsam słojem, by cukier rozpuścił się w powstającym soku.
 
Po tym czasie łączę zlany wcześniej alkohol i zlany z owoców syrop, przelewam do ciemnych butelek i odstawiam na ok. 9-10 miesiecy. Im nalewka dłużej stoi, tym smaczniejsza, choć nie poleca się trzymania nalewek dłużej niż 3-4 lata. Cóż, u mnie nigdy żadna tyle nie stała :D
 
Smacznego.

Faworkowe spotkanie …

… czyli jak bicie może być początkiem i końcem wspaniałej zabawy z Moniką ze Stoliczku, nakryj się i Kuchnia nasza polska? :D
 
SONY DSC
 
Przy faworkach, najkruchszych z kruchutkich ciasteczek jest wiele przemocy. Bicie jaj, bicie ciasta … a w naszym przypadku jeszcze sporo bicia na planszy, ale o tym za chwilkę :)
 
Zaczęło się od rozbijanych jaj i oddzieleniu 5 żółtek. Potem do miski powędrowały: 1/3 szklanki śmietany, 2 łyżki masła, 2 łyżki rumu i 3 łyżki cukru pudru. Utarte składniki łączyłyśmy z Monią z mąką. 2 szklanki mąki były przygotowane, ale dosypywałyśmy ją stopniowo, tak by ciasto było zwarte i nie klejące, ale nie za suche.
 
SONY DSC
 
Ciasto porządnie wyrobiłyśmy, aż było gładkie i plastyczne, ale to nie wyrabianie jest tutaj najważniejsze …
 
… a dobry wałek i silne ramię. Ciasto trzeba sprać mocno i dokładnie, aby nabrało w ten sposób powietrza, a usmażone później faworki były leciutkie, kruchutkie i z bąbelkami. My chyba ciut za mało stłukłyśmy ciasto, gdyż nie miałyśmy aż tyle bąbelków jak by się chciało, ale i tak zabawa w faworkowanie, jak i późniejsze ich zajadanie to była przesmaczna atrakcja :)
 
SONY DSC
 
Gdy ciasto odpoczęło zawinięte w folię przez około pół godziny, znów wałek poszedł w ruch. Tym razem jednak chodziło o delikatność, o to, aby rozwałkować ciasto jak najcieniej. Nam widać jakiś skrywany patriotyzm się przyplątał, gdyż wyszła prawie mapa Polski, którą potem radełkiem cięłyśmy na kawałki z dziurką i wywijałyśmy, układając na blacie całe morze uroczych zawijasków.
 
Jeśli zdjęcia nie wystarczą, oto pisana instrukcja zawijania faworków. Cienko rozwałkowane ciasto kroimy w paski (ja lubię ok. 3 cm grubości). Potem każdy pasek na ok. 7 cm kawałki, na środku robimy radełkiem nacięcie, tak by zaczynało i kończyło się w około 1/3 długości kawałka. Potem delikatnie podnosimy wycięty kawałek, rozszerzamy dziurkę i jeden koniec przekładamy przez nią, delikatnie naciągając, tak by brzegi były pofalowane. Brzmi trudniej i bardziej skomplikowanie, niż jest w rzeczywistości. Po pierwszym faworku będziecie mistrzami :)
 
SONY DSC
 
Te do tej pory tak schizofrenicznie traktowane faworki – najpierw pobite, potem delikatnie wywijane – teraz poszły do gorącej kąpieli. Olej rozgrzany do ok 180-190 stopni Celsjusza przyjmował kolejne partie faworków. Co nas z Monią ogromnie dziwiło, to czemu aż tak bardzo się pienił. Do tej pory ta zagadka nie została rozwiązana.
 
Z całą pewnością patelnia była sucha i czysta zanim wlałyśmy na nią olej. Użyłyśmy oleju rzepakowego, świeżo kupionego, dopiero co otwartego i wlanego na patelnię. Pilnowałyśmy temperatury przy użyciu dobrego i sprawdzonego termomentru. A jednak każdy faworek, mimo że ani nie omączony ani nie zwilżony wywoływał kipiel, która trwała ledwie chwilę, ale z początku trochę nas przestraszyła, później zaś zaintrygowała ogromnie. Dalej nie wiem skąd to bąbelkowanie i kipienie oleju, więc jak ktoś z Was ma jakieś pomysły, to dajcie znać :)
 
SONY DSC
 
Z tej zabawy w brutalność i delikatność powstała nam masa faworków, która płynęła niczym rzeka bez końca na kolejne talerze, opruszana cukrem pudrem, a potem objadaliśmy się nimi na śniadania, na obiad, na deser, na kolację i nie, nie było nam ich dosyć. W końcu faworki smaży się raz do roku, a ich lekkość i kruchość pozwala najeść się ilością ogromną, która ufetuje nas na rok cały. Również w aspekcie eksperymentowania z kształtami i formowaniem słoniowych uszu.
 
Żeby nie było jednak za dobrze, to i pojawiła się jedna strata – rozwalony wałek. Co śmieszniejsze mam tyle sentymentu do tego wałka – to była pierwsza rzecz, jaką kupiłam sama do kuchni, że pomimo iż minęło od tego faworkowego spotkania już blisko rok, do tej pory go używam. Choć jeśli znów postanowię bić się z faworkami, kupię nowy wałek :) 
 
SONY DSC
 
Nasze faworkowe szaleństwa zakończyły się smakowitym wieczorem i grą w Talizman z Moniką, moim Ukochanym i Oczko, którzy pełne faworków talerze mieli na osłodę mojego ciągłego gadania o psach, o psich planach, nadziejach, wyobrażeniach … gdyż to spotkanie odbyło się tylko kilka dni zanim w naszym domu pojawiła się Nauro, ognista maliniaczka, która na zawsze już zburzyła spokój Arthasa, ale i wniosła również w jego egzystencję trochę delikatności i chęci do tulenia się do nas :)
 
Zapraszam Was więc na faworki, a sama wracam do chorowania i tulenia się na kanapie z Arthasem i Nauro :)
 
 
Faworki Moni
Przepis w skrócie:
5 żółtek
1/3 szklanki śmietany
2 łyżki rumu
2 łyżki miękkiego masła
3 łyżki cukru pudru
2 szklanki mąki pszennej tortowej
 
olej rzepakowy (ale może być też smalec, olej ryżowy lub inny, który mozna podgrzać do temperatury ponad 180-190 stopni Celsjusza)
 

Cytrusowe szaleństwo …

… spotyka mnie zwykle raz na dwa-trzy lata, gdy to zamawiam pełne cubotta pomarańczy i cytryn z InCampagna, ekologicznego gospodarstwa z Sycylii (przeczytajcie o nim więcej tutaj klik klik).
 
SONY DSC
 
Szaleństwo uwiecznione na tych zdjęciach spotkało mnie rok temu, ale jakoś nie złożyło się, by opisać i te zmagania i te receptury, a zasługują na zapisanie. Zaczęło się od dwóch skrzynek – jednej z pomarańczami Moro, drugiej z cytrynami. Oczywiście najpierw była zasada "dziel i rządź". Tu pomarańcze do konfitury, tu do marmolady, a tam na nalewki. To samo spotkało i cytryny, a przy okazji spisywałam ile potrzebuję cukru, wódki i spirytusu, grubej soli, słoików i butelek. Bez podręcznego zeszyciku, w którym spisuję swoje kuchenne eksperymenty chyba nic nigdy bym nie zapamiętała, gdyż niezwykle rzadko gotuję ściśle według receptur innych.
 
Tak i tym razem receptury były wypadkową moich dotychczasowych doświadczeń, zasłyszanych metod, przeczytanych rad. Zamarzyło mi się zamknąć w słoikach ten pięknie krwisty kolor pomarańczy moro i choć planu nie zrealizowałam idealnie, a same receptury jeszcze będą dopieszczane, warto już spisać je, by w przyszłych cytrusowych szaleństwach nanieść ewentualne poprawki i spostrzeżenia.
 
Dodam jeszcze, że mając przed sobą obie skrzynki cytrusów obiecałam sobie, że wykorzystam z nich wszystko, a jedynie ogonki na kompost polecą. Żadne skórki, żadne skrawki, żadne odcięte albedo nie może się zmarnować. Ba! nawet pestki i błonki miały – i stały się – naturalną pektyną.
 
SONY DSC
 
Zacznę od nalewek, a konkretnie od NALEWKI POMARAŃCZOWEJ. Te najszybciej powstawały, bo i metoda sprawdzona już wielokrotnie, szybka i bez problemowa. Mam swoją ulubioną proporcję na nalewki, którą stosuję zawsze, bez względu na rodzaj owoców czy alkoholu. Jest to 1 kg owoców na 1 litr mieszanego alkoholu (zwykle pół na pół spirytus z wódką) i między ćwierć a pół kilo cukru (zależy od słodyczy owoców, nie lubię ulepkowych nalewek, ale też nie przepadam za wytrawnymi). Tak więc pomarańcze (2 kg) obrałam obieraczką do warzyw, tak by zdjąć z nich samą aromatyczną skórkę, bez albedo. Potem owoce przekrawałam i wyciskałam z nich sok. Wszystko co zostawało, resztki błonek, abedo, pestki odkładałam do osobnego naczynia i dodałam później do marmolady lub naturalnej pektyny.
 
Skórki zalałam alkoholem w dużym słoju. Na tym etapie dobrze jest dodać do nich jakieś ulubione korzenne przyprawy lub kilka kawałków imbiru. Odstawiłam na minimum 14 dni, ale ja zwykle nie ruszam ich wcześniej niż po miesiącu – nie dlatego, że tak jest lepiej. Po prostu o nich zapominam ;)
 
Wyciśnięty sok wymieszałam z cukrem. Najpierw tylko połową przeznaczonego cukru, czyli z pół kilo brązowego cukru. Lekko podgrzałam, tylko na tyle by szybko się rozpuścił. Spróbowałam, dodając sobie "w pamięci", że to jeszcze będzie mieszane z alkoholem. Mi wystarczyło tylko pół kilo cukru. Ale robiąc swoje nalewki sprawdźcie sami. Zresztą, nie stanie się tragedia, jak dosłodzicie je podczas drugiego etapu, jakim jest łączenie alkoholu nasądzonego aromatem skórek (i przypraw/imbiru) z posłodzonym sokiem. Ów posłodzony sok na czas tych 14 dni, gdy skórki macerują się w alkoholu, wsadzam do zamrażalnika. W przypadku nalewek nie przejmuję się stratą wartości odżywczych, witamin i takich tam. W końcu nie po to nalewki się robi. Nie dla zdrowotności, a ku radości :D
 
SONY DSC
 
Podobnie robię NALEWKI CYTRYNOWE, ale w ich przypadku zwykle nie aromatyzuję ich już dodatkowo. Bardzo lubię cytrynową nalewkę, a pomarańczowa bez dodatków wydaje mi się mdła. Dlatego robię jeszcze drugą NALEWKĘ KAWOWO-POMARAŃCZOWĄ. Tą robię trochę inną metodą. Całe owoce (ok. 850 g) nakłuwam i wsadzam do dużego, ok. 2 litrowego słoja. Wsypuję ok 150 g kawy w ziarnach, cukier biały (ok. 200 g) i zalewam niecałym litrem alkoholu. Taką nalewkę trzymam pod ręką w czasie jej robienia, gdyż wymaga częstego wstrząsania. Gdy cukier się całkowicie rozpuści, zwykle po ok 3-4 tygodniach zlewam cały płyn, wyciskam pomarańcze, które miksuję i dodaję do pieczonego brownie, a kawę również mielę i dodaję do jakiegoś ciasta. 
Jeden słój właśnie taki robię rok rocznie, gdyż po prostu ślicznie wygląda, jednak od zeszłego roku zaczęłam również robić nalewkę kawowo-pomarańczową tą pierwszą opisaną metodą – kawę wsypuję do skórek. Wygodniej :)
 
SONY DSC
 
Nalewki są doskonałe do picia, jako prezenty, ale też do nasączania ciast, aromatyzowania kremów czy trufli. Innym doskonałym dodatkiem do wszelakich cukierniczych dokonań jest skórka pomarańczowa. Na tzw. SKÓRKĘ POMARAŃCZOWĄ W SYROPIE obierałam całe pomarańcze ze skórki wraz z albedo. Lubię, gdy skórki używane później do serników czy paschy, do dekoracji tortów czy kremów mają ten cytrusowy, słodko-gorzki posmak. Odcinam nadmiar albedo, ale zawsze pozostawiam jego cienką warstwę. Pokrojenie ich to już kwestia fantazji. Ja zwykle potrzebuję drobną kostkę, ale można pokroić w paseczki, czy nawet zostawić w dużych kawałkach i kroić wedle potrzeb. Takie skórki gotuję w zmienianej wodzie 2-3 razy po kilka minut od zagotowania na średnim ogniu, aż zmiękną i stracą goryczkę. 
 
Potem to już kwestia przygotowania syropu w ilości wystarczającej do przykrycia wszystkich skórek. Nie gotujcie go za dużo. Nie ma potrzeby, a dodatkowo z czasem syrop ten nabierze smaku i aromatu i sam w sobie będzie doskonale nadawał się do nasączania ciast czy jako dodatek do herbaty lub kawy. Syrop gotuję tzw. prosty. 1 część wody i 1 część cukru. Zagotowuję (na średnim ogniu) bez mieszania łyżką, za to delikatnie mieszając garnkiem. Gdy cukier się rozpuści, a syrop zacznie delikatnie wrzeć wrzucam skórki i gotuję ok 15 minut. Po tym czasie przekładam skórki do wysterylizowanych słoików, pasteryzuję i trzymam w lodówce.
 
Różne ścinki – zarówno z szykowania skórek w syropie, jak i innych przetworów zbierałam na blachę i suszyłam. Uzyskałam dzięki temu SUSZONĄ SKÓRKĘ, idealną do aromatyzowania soli czy użycia jako przyprawy do ryb, mięs, w praktyce wszystkiego.
 
SONY DSC
 
Te piękne malutkie pomarańcze moro aż prosiły się by zachować je również w postaci PLASTERKÓW W SYROPIE. Pokroiłam je cieniutko i układałam w wysterylizowanych słoikach. Zagotowałam prosty syrop (1 część wody i 1 część cukru) i wrzący wlałam na nie. Zamknęłam i pasteryzowałam przez 30 minut w piekarniku w 100 stopniach. Po tym czasie plasterki zmiękły, a później potrzeba było tylko czasu, aby syrop nabrał ich koloru i smaku, a one słodyczy. Doskonale sprawdzają się jako dekoracja ciast czy jako dodatek do grzańca.
 
SONY DSC
 
Cytryny miały swoje odpowiedniki i jako nalewki i jako plasterki czy skórki w syropie, jak również suszone skórki. Ale jest też coś unikalnego, coś tylko dla cytryn. KISZONE CYTRYNY. Robiłam je już kiedyś (klik klik do marynowanych cytryn), ale tamta metoda była niepotrzebnie skomplikowana. Po cóż wyciskać z części sok, a tylko część zasalać, skoro wystarczą 2-3 dni od zasolenia, a cytryny puszczą tyle soku, że nie będzie potrzeby ich niczym zalewać. Tak więc, zgodnie z ideą upraszczania i ekonomicznego gospodarowania ponacinałam na 4 części wszystkie cytryny przeznaczone na kiszenie (czyli ok. 1,5 kg cytryn – 4 cytryny na każdy 1-litrowy słoik). Następnym razem po prostu przekroję je na 4 cząstki. Może i ładniej wyglądają w słoju całe, tylko nacięte cytryny, ale dużo więcej ich mieści się gdy się je pokroi na cząstki. Ułożyłam je w słojach, sypiąc po łyżce gruboziarnistej soli morskiej do środka każdego owocu, jak i po drugiej łyżce na każdą cytrynę. Na koniec upchnęłam je mocno trzonkiem od drewnianej łyżki i odstawiłam do szafki na 3 dni. Po tym czasie puściły bardzo dużo soku, który stał się ich zalewą i jednocześnie zabezpieczeniem.
Skompresowałam je z trzech do dwóch 1-litrowych słoików, przekrawając każdy owoc na 4 części do końca, zalałam po wierzchu cienką warstwą oleju i wstawiłam do lodówki. Każdy taki słoik można dodatkowo aromatyzować najróżniejszymi przyprawami, ale ja wolę je takie uniwersalne. Po 3-4 tygodniach są wystarczająco ukiszone, by użyć je do tagine, pieczonej ryby czy gulaszu rybnego.
 
SONY DSC
 
Pisałam już wyżej, że i skórki cytrynowe zostały zamknięte w syropie, a i mały słoiczek plasterków cytryn też znalazł sobie miejsce w lodówce. Nie pisałam jeszcze jak robiłam swoją NATURALNĄ PEKTYNĘ. Wszystkie odcięte albedo (to ta biała część ze skórki) oraz pestki wrzuciłam do garnuszka. Zalałam wodą tylko do przykrycia. Można dodać wcześniej zbierane też pestki z jabłek, gniazda nasienne z jabłek i pigwy. Gotuje się to 30 minut, odcedza, a płyn używa do zagęszczenia galaretek. Teoretycznie 1-2 łyżki na 1 kg owoców.
 
SONY DSC
 
I tak przechodzimy do KONFITURY POMARAŃCZOWEJ. Pamiętacie mój dżem z dzikich pomarańczy? Tamten dżem powstał z gotowanych całych pomarańczy, zmielonych później w maszynce do mięsa (można też posiekać je nożem, by mieć większe kawałki skórki). W ten sam sposób zrobiłam też dżemy z cytryn i zwykłych pomarańczy – o czym za chwilkę napiszę więcej – ale tym razem zamarzyła mi się krwisto-czerwona galaretka pełna skórek. Miałam nadzieję, że jeśli z owoców wycisnę sok, zagotuję go z cukrem, skórkami i workiem pektynowym (czyli w potrójnie złożoną gazę wrzucone wszystkie pestki i błonki z wyciskania soku – jak na zdjęciu powyżej) uzyskam piękną galaretkę z zatopionymi paseczkami skórek.
 
SONY DSC
 
Wraz z moim Ukochanym przystąpiliśmy do pracy tytanicznej, gdyż na tą konfiturę przeznaczyłam aż 5 kg pomarańczy, a na jej cytrynową wersję 2,5 kg cytryn. Razem raźniej i weselej się nam pracowało, krojąc, siekając, wyciskając, a przy okazji malując moją białą kuchnię w krwiste kropki. Generalnie cały timeline moich cytrusowych działań to było 5 dni prac, ale nie ciągłych, z czasem dla psich treningów, czasem na eksperymenty z rillettes czy smalcem, czasem na towarzyskie spotkania, domowe prace, rodzinne zjazdy. Przy dobrej organizacji szła ta zabawa całkiem sprawnie :)
 
SONY DSC
 
Tak oto wyglądał 10 litrowy gar KONFITURY POMARAŃCZOWEJ na początku gotowania.
Te cytrynowe skórki posiekane w kosteczkę to była wpadka – pomyliłam się i zamiast je ugotować osobno w syropie, wrzuciłam do konfitury. Nic to! Przepadło! Nauczka na przyszłość, by najpierw wypić kawę, a nie tuż po obudzeniu brać się za konfitury :D
 
Skórki pomarańczowe (było ich 1 kg plus wpadkowe 400 g skórki cytrynowej) i sok z pomarańczy (2,5 kg) wymieszałam z cukrem (na 5 kg pomarańczy zużyłam 2,5 kg cukru jasnego brązowego). Podgrzałam do rozpuszczenia cukru. Wtedy dołożyłam worek pektynowy (wszystko w nim ważyło 1,5 kg) i gotowałam na małym ogniu ok 2 godzin, mieszając od czasu do czasu.
 
SONY DSC
 
KONFITURA CYTRYNOWA powstawała w 5 litrowym garnku. Skórki (700 g) posiekane w paseczki, sok (1 kg) zagotowałam do rozpuszczenia cukru białego drobnego (1,5 kg). Dodałam worek pektynowy (800 g) i gotowałam ok 2 godzin na małym ogniu, mieszając od czasu do czasu.
 
SONY DSC
 
Po tym czasie wyjęłam worki pektynowe i bardzo porządnie je odcisnęłam, odcedzając ich zawartość na sitkach, by oddały cały sok, całą pektynę, cały smak. To dosyć męczące zajęcie, ale jak się ma kilka sitek i misek pod ręką, można sobie poradzić bez nadwyrężania nadmiernego. A wierzcie mi, wiem co mówię. Zanim przybyły do mnie dwa pudła cytrusów nabawiłam się nie tylko nawrotu rwy kulszowej, ale również najsilniejszego od lat powrotu kontuzji łokcia tenisisty. Małymi kroczkami jednak dało się zrobić wszystko bez bólu i zgrzytania zębów ;)
 
Za to jaki zapach był w domu!
 
SONY DSC
 
Niestety mimo zabiegów z pestkami i albedo przerabianych na naturalną pektynę, konfitura bardzo długo nie chciała się zagęścić. Test zimnego talerzyka nie wychodził i nie wychodził. Aż mnie to ciut zasmuciło, gdyż im dłużej gotowana była konfitura, tym bardziej traciła swój piękny czerwony kolor. Koniec końców zdecydowałam się dodać kupioną w eko-sklepie pektynę i chyba niepotrzebnie, bo odłożony mały garnuszek konfitury doszedł do odpowiedniej konsystencji w tym samym czasie.
 
Ale, skoro ten wpis w moim zamyśle ma być kroniką tamtych działań, by usprawnić przyszłe cytrusowe szaleństwa, z dokładnością kronikarza zapisuję co nastąpiło, a mianowicie, iż że do konfitury pomarańczowej dodałam 4 łyżki, a do cytrynowej 2 łyżki pektyny, rozmieszanej w niewielkiej ilości zimnej wody. Tragedia się nie stała, ale ten odłożony mały garnuszek pokazał mi, że niepotrzebnie straciłam cierpliwość.
 
Co do temperatury – jeśli ktoś z was ma termometr cukierniczy, to idealna temperatura dla słodkich przetworów to ok 105 stopni Celsjusza.
 
SONY DSC
 
Co do testu zimnego talerzyka. Pewnie każdy go zna, ale może jednak nie … podaję więc o co chodzi. Kilka spodeczków wkładam do zamrażalki pod koniec szykowania konfitury czy dżemu, aż się porządnie schłodzą. Przynajmniej na 30 minut. Potem wylewam łyżkę konfitury na talerzyk i delikatnie nim poruszam. Po kilku chwilach (około pół minuty) palcem sprawdzam czy konfitura ma odpowiednią gęstość. Jeśli tworzą się zmarszczki i po gwałtownym ochłodzeniu (=dzięki wlaniu na zmrożony spodeczek) jest już odpowiedniej konsystencji, znak, że konfitura jest gotowa.
 
Tak uzyskałam duuuużo aromatycznych słoiczków – ogółem około 6 litrów konfitury pomarańczowej i około 3 litrów cytrynowej, a ostatnie słoiczki wyjadam teraz, blisko rok później :D
Mimo straty w kolorze doskonale sprawdzają się zarówno jako słodki dodatek do śniadania, ale i jako uzupełnienie serów czy wędlin. A w herbacie z kapką nalewki pomarańczowej z goździkami mmmmm poezja! :)
 
SONY DSC
 
Kandyzowane plasterki i kandyzowana skórka pomarańczowa – pomimo pasteryzacji – powędrowały do lodówki. Niestety w mieszkaniu w bloku mam za ciepło by trzymać je w moich spiżarnianych szafkach. Nie tyle by spleśniały, co zaczęły fermentować. A że nie planowałam robić cytrusowego wina, szybko wylądowały w lodówce. Grzańce robione na święta były właśnie aromatyzowane syropem z ostatnich plasterków. Same w sobie te plasterki są jak cukierek. Bajka!
 
SONY DSC
 
Przejdźmy do kolejnego eksperymentu, niezwykle udanego, szczególnie jeśli mowa o słodkich przetworach dla dzieci czy jako dodatek do naleśników na słodko. MARMOLADA POMARAŃCZOWA i identycznie przygotowana MARMOLADA CYTRYNOWA.
 
Pamiętacie szykowanie skórek w syropie? Obierałam ja te owoce ze skórek, a same owoce … przekrawałam na mniejsze kawałki i zasypałam cukrem. Trochę resztek skórek się tam trafiło, trochę wytłoczyn z wyciskania soków. Zasypałam to wszystko cukrem. Prawie 2 kg cytrynowych elementów zasypałam 1 kg cukru. Natomiast w przypadku pomarańczy również blisko 2 kg owocowego wkładu dostało tylko pół kilo cukru. Jak pisałam wyżej – wszystko zależy od smaku i gustu. Odnajdźcie swój idealny smak ;)
 
Te obrane pomarańcze czy cytryny, wraz z różnymi końcówkami posiekałam drobno, zasypałam cukrem i odstawiłam na noc do lodówki. Po tym czasie przelałam do garnków i smażyłam. Nie zajęło to długo, ale było rozciągnięte w czasie. Gdyż jak na marmoladę przystało była ona smażona przez minimum 2-3 dni, po około godzinę do dwóch dziennie. Na maluteńkim ogniu, często mieszana, by odparowała i zgęstniała. Na koniec zmiksowałam wszystko blenderem i … przetarłam.
 
Tak! Przetarłam. Jak nasze babki i prababki przed nami, jak nasi dziadowie z dziada pradziada, marmolady się przeciera! Koniec kropka! Tu trzeba wytężyć muskuły. Ale jak się ma najwspanialszego Męża na świecie, który jest również doskonałym rehabilitantem i masażystą, to i przecieraniu można podołać. Na koniec tą przetartą już marmoladę zagotowałam i hyc do słoików, by potem delektować się nią z naleśnikami smażonymi przez ukochanego, jako dodatek do kremu do ptysi, jako wypełnienie ciasteczek z dziurką, jako nadzienie do pierniczków … i tak po prostu wyjadane łyżeczką, choć przyznać się muszę, że wolałam jednak tak po prostu wyjadać łyżką konfiturę ze skórkami niż marmoladę :D
 
SONY DSC
 
Ostatnim eksperymentem była rozmarynowa galaretka pomarańczowo-rabarbarowa. O dziwo! wyszła dokładnie tak jak sobie tego zaplanowałam, choć dopiero za drugim razem.
 
Ale zacznijmy od początku. Rozmroziłam rabarbar. Zamrożone owoce zwykle już nie nadają się na przetwory, gdyż tracą siłę żelowania. Jednak to nie na rabarbarze opierała się siła tej galaretki, którą później planowałam wykorzystać do piersi z kaczki lub steku z rostbefu. To właśnie ta naturalna pektyna z wytłoczyn z cytrusów, z ich pestek, miąższu i resztek soku dała galaretce jej siłę. Prawie 600 g cytrusowych wytłoczyn zasypałam połową szklanki (ok. 110 g) cukru białego. Prawie 800 g rabarbaru również zasypałam połową szklanki cukru (ok. 110 g). Na drugi dzień zlałam z nich sok, wytłoczyny wrzuciłam do garnka i gotowałam najpierw na małym ogniu przez ok 30 minut, potem dorzuciłam rabarbar i gotowałam na średnim ogniu do zawrzenia. Przerzuciłam wszystko na sitko i poczekałam od odcieknie. To zajęło kilka godzin, ale nie należy się z tym spieszyć ani na siłę odciskać, gdyż inaczej galaretka nie wyjdzie klarowna.
 
Szczerze powiedziawszy, to dopiero na tym etapie pomyślałam sobie, że chcę by ta galaretka miała od razu aromat rozmarynu. Więc dopiero po odcieknięciu wrzuciłam łyżkę suszonego rozmarynu, podgrzałam, bez zagotowywania i zostawiłam do ostudzenia. Odcedziłam jeszcze raz i przelałam do słoiczka. Wyszedł mi tego jeden malutki słoiczek galaretki. Akurat na dwa obiady – jeden z piersią kaczki, drugi z pieczonym rostbefem. Patent stanowczo do powtórzenia i wykorzystywania w przyszłości, szczególnie z kaczką. Pasuje cuuuudownie!
 
SONY DSC
 
Prawie prawie na koniec chcę Wam przedstawić moje podstawowe narzędzia kuchenne – zeszyt z ołówkiem i kalkulator w komórce. Kubek z herbatą lub kawą jest opcjonalny :D
 
Mam kilka swoich zeszytów kuchennych. Jest jeden – zwę go "Ten prawie idealnym" do niego spisuję przepisy warte zapamiętania, ale ponieważ mam fioła na punkcie uporządkowania to denerwuje mnie, że jest przeplatany – babeczki z mulami w winie, krewetki obok musu czekoladowego, czy suflet bananowy sąsiadujący z makaronem i lasagne – właśnie dlatego założyłam bloga, by móc łatwo i szybko wyszukiwać swoje przepisy :D
Jest "Ten chlebowy". Założyłam go, gdy działała "Piekarnia po Godzinach", a teraz dodaję do niego chleby, które mnie zachwyciły. Na szczęście to kołonotatnik, więc mogę wywalić przepis, który zbyt pochopnie pojawił się na kartach "Tego chlebowego".
 
Jest i "Ten chwilowy". To zeszyt do spisywania wydarzeń na gorąco. Bez zwracania uwagi na pismo, bez zwracania uwagi na to czy poplamią się kartki. Ten zeszyt leży tuż przy kuchence lub desce do krojenia, ołówek lub długopis obok, a zapiski pojawiają się w nim na bieżąco. Oczywiście – jak na nadperfekcjonistkę przystało – spisuję swoje dokonania co do tzw "grosza". Tak więc rabarbaru do galaretki było 826 gram a nie około 800 gram, a marmolada cytrynowa miała masy cytrynowej 1830 g, a nie blisko 2 kg. Taki to już mój prywatny, perfekcjonistyczny świrek :)
 
Przy okazji zwróćcie uwagę na zdjęcie słoików cytryn. Zostało zrobione po trzech dniach i po kompresji z 3 do 2 słoików. Już na tym etapie nie było potrzeby dolewać żadnego soku z wyciskanych cytryn. A dwa dni później nawet odrobinka cytryny nie wystawała ponad powierzchnie soku i oliwy.
 
SONY DSC
 
Na sam koniec przetworów jeszcze DŻEM Z GOTOWANYCH CYTRYN z 2012 roku. W tamtym roku wszystkie cytrusowe przetwory szykowałam metodą gotowania całych owoców, wiec odsyłam Was do przepisu spisanego tutaj (klik klik). Dodam jeszcze, że cytrynowy dżem dużo szybciej się żeluje sam z siebie – jasne! cytryna ma bardzo dużo pektyn. Co do możliwości zastosowań to już musicie sami sobie odpowiedzieć – ja uwielbiam go i jako łakoć, i jako dżem na kanapce, i jako dodatek do dań wytrawnych – szczególnie rybnych lub z indykiem, a herbata z imbirem, nalewką cytrynową i łyżeczką cytrynowego dżemu to po prostu bajka!
 
Tak kończy się długaśny wpis o moim cytrusowym szaleństwie, ale to jeszcze nie koniec cytrusowych szaleństw. Będę jeszcze nie raz eksperymentować z tymi smakowitymi owocami, tym bardziej jak można je dostać prawdziwe, niewoskowane, bez chemii i przetworzyć w coś smakowitego – dla siebie, dla przyjemności poszukiwania nowych smaków czy dla obdarowanych miłych nam ludzi :)
 
Smacznego.

Korzennie … pierniczkowo … zabawnie … budowlanie …

… czyli pierniczkowe spotkanie z Moniką ze Stoliczku, nakryj się i z Oczko z Kotów kuchennych Oczka. W planach były pierniczkowe ozdoby choinkowe, pierniczki do jedzenia i w ogóle pierne tematy.
 
20141212_pierniczki001a
 
Ale po wstępnym, grzańcowym wieczorze stanęło na domku z piernika i pierniczkowych bombkach na choinkę :D
 
20141212_pierniczki002
 
Zacznijmy więc nasz fotospcer przez ostatnie 3 dni … było więc dużo wykrawania …
 
20141212_pierniczki003
 
… wykrawanie i landrynkowe szklenie ….
 
20141212_pierniczki004
 
… znów pełne skupienia wykrawanie i sypanie landrykowego szkła …
 
20141212_pierniczki005
 
… trochę prześmiewczo, trochę na poważnie, ale pierwsze próby wyszły bardzo smakowicie i satysfakcjonująco :D …
 
20141212_pierniczki006
 
… po udanych próbach powstały więc dwie długie ściany naszego przyszłego domku …
 
20141212_pierniczki007
 
… i dwie krótkie ściany też. Oczywiście z witrażykami, bo jakże to domek bez okien kolorowiastych ;) … i nie! to nie ma być sławojka :P …
 
20141212_pierniczki008
 
… nawet w dachu świetliki to absolutny "must have", więc i u nas w czterech kolorach się pojawiły, zostawiając miejsce na komin jedynie :) …
 
20141212_pierniczki009
 
… w przerwach poza lunchem z pietruszkowym pesto było duuuuuuzo miziania psich brzuszków, psie spacery i treningi, ale o tym to więcej na mojej Demonicznej Sforze możecie się dowiedzieć …
 
20141212_pierniczki010
 
… w między czasie wykrawania i wałkowania były też prace planistyczno-architektoniczne … jak widać wielce jesteśmy w tym utalentowane … i kto by pomyślał, że wzór na wysokość trójkąta równobocznego to może być taka ważna rzecz przed świętami ;) …
 
20141212_pierniczki011
 
… od wzoru uratował nas kalkulator, a od nadmiernej pracy Oczko, która po pracy przyszła i nam ajerkoniak pyszny zmajstrowała … pod czujnym okiem Nauro oczywiście  ;) …
 
20141212_pierniczki012
 
… Arthas też rzucał oczkiem na oczkowy specyfik, musiał jednak obejść się smakiem. Jednak za ładne leżenie na miejscu w kuchni kilka migdałowych płatków i całe jabłko nawet skapnęło mu z blatu, więc i on był całkiem całkiem ukontentowany :) …
 
20141212_pierniczki013
 
I nadszedł czas na ozdabianie …
 
20141212_pierniczki014
 
… oczywiście bez pomocników nie dałoby się pracować ;) Mój Ukochany komin nam uratował, a Arthas i Nauro … no cóż, dbały o nasze dobre samopoczucie ;) …
 
20141212_pierniczki015
 
… dekorowania ciąg dalszy … lukry, posypki, migdałowe płatki, arachidowe kamyki kolorowe, barwniki w proszku i paście …
 
20141212_pierniczki016
 
… prace nad dachem i dachówką z migdałowych płatków to był dopiero hard-core, ale i to szło szybko i sprawnie w nastroju pełnym śmiechu :) …
 
20141212_pierniczki017
 
… dekorujemy … dekorujemy … i jeszcze więcej dekorujemy … :)
 
20141212_pierniczki018
 
… zbliżenie na prace dekarskie ;) …
 
20141212_pierniczki019a
 
Jak na food-blogerki przystało za aparaty się chwyciłyśmy i … dla dobrego zdjęcia czasem trzeba wspiąć się na wyżyny lub dna sięgnąć ;) …
 
20141212_pierniczki020
 
… część prac naszych :) …
 
20141212_pierniczki021
 
… kolejne ujęcia naszych korzennych pierniczkowych dokonań i Monika jako główna modelka :) …
 
20141212_pierniczki022
 
… a teraz ujęcia detali, szczególnie tych ulubionych – Mikołaj do komina się zakradający i super-anioł wraz z rapującym bałwanem :D …
 
20141212_pierniczki023
 
… ale tych ulubionych detali to w bród było … zombie konik i wampirzy chłopczyk, cycata Helga, czy bombka-"bombka", renifer Rudolf o wyłupiastym oku czy kolejka o kamiennych kołach … wszystkie by cieszyć później oczy na choince :) …
 
20141212_pierniczki024
 
Rankiem dnia trzeciego za sklejanie domku się wzięłyśmy. Wieczór wcześniej przez mojego ukochanego Męża została stworzona konstrukcja do utrzymania domku – tfu tfu – odpukać w niemalowane – na razie nieprzydatna. Po wstępnych przymiarkach przyszedł czas na zlepianie ścianek domku i różne patenty na utrzymanie – pi razy oko – równych kątów :)
 
20141212_pierniczki025
 
Tuż tuż przed Moni powrotem do domku jeszcze dachowe przymiarki dokonałyśmy, a w pełni wykonanym domkiem i jego otoczeniem podzielę się z Wami już za dni kilka jak poschną lukry i będzie można domek wykończyć drobnymi dekoracjami :)
 
Tymczasem jednak do Korzennego Tygodnia Ptasi i Festiwalu Pierniczków Majanki naszą wspólną pracę załączam i już spieszę pisać przepisy na korzenny grzaniec na szybko, pierniczki idealne na ozdoby i ajerkoniak, choć ten to niezbyt korzenny czy pierniczkowy, ale za to jak wspomagający korzenno-pierne dokonania okołoświąteczne! ;)
 
 
Grzaniec na szybko
Weź dobrego wina buteleczkę, albo i dwie czy trzy, też się nie zmarnują, sypnij hojnie przyprawy piernikowej ulubionej, garść czy dwie rodzynek, a jak masz to i plaster pomarańczy, ale najważniejsze to miodu najsmaczniejszego, jak ten gryczany od szczerbatego pana z bazarku dodaj. Podgrzej lekko, nie za bardzo, co by procenty tylko wzbudzić, a nie przepędzić i … pij, delektuj się i plany pierne i korzenne twórz :D
 
Ajerkoniak
za Basią podaję, nasze wykonanie
 
10 żółtek z 250 g mleka słodkiego skondensowanego podgrzej do ciepłego palca (ok. 50 stopni), cały czas mieszając. Zdejmij z ognia i przez sitko przecedź do misy miksera by wystygły. Jak już gorące nie będą wlej alkoholu ulubionego litr plus 50tka spirytu najlepszego, pamiętawszy o niezwykle dobrym basinym patencie na 1 część rumu i trzy części koniaku, u nas koniak zastąpiony został mieszanką pół na pół brandy i whisky. Dalej już tylko pół kilo cukru w pudrze i ze trzy kopiaste łyżki domowego cukru z wanilią najprawdziwszą. Ucierać minut pięć, a nawet siedem i do butelek przelać. Do konsumpcji gotowe od razu, ale wpierw jedną choć butelczynę należy schłodzić z godzinkę w zamrażalniku, gdyż chłód dopiero wydobywa ten smak mmm ach ten smak ;)
 
Pierniczki na ozdoby, domki wszelakie
dla szybkości od Małgosi przepis podaję, z naszymi uwagi poniżej
 
230 ml melasy z trzciny cukrowej (płynna)
200g cukru (u mnie białego; w oryginale pół na pół białego i brązowego)
¾ łyżki sody oczyszczonej
2 łyżeczki zmielonego imbiru
4 łyżeczki cynamonu
200g masła w temp. pokojowej
2 jajka w temp. pokojowej
600g mąki
 
Umieścić w niezbyt małym rondelku melasę, cukier, imbir i cynamon – postawić na niewielkim ogniu i podgrzewać kilka minut, aż cukier całkowicie się rozpuści. Zdjąć z ognia i od razu do gorącej masy dodać sodę oczyszczoną – porządnie wymieszać. Uwaga! W kontakcie ze środkiem spulchniającym, masa zacznie rosnąć i mocno się pienić (dlatego rondel nie może być zbyt mały). Odstawić i trochę przestudzić.
Masło utrzeć na puszystą masę. Nie przerywając mieszania, dodać ciepłą (nie gorącą) melasę, a następnie jajka. Na koniec wmieszać mąkę. Zagnieść ciasto na jednolitą masę.
Kulę ciasta podzielić na 4 części, spłaszczyć i każdą zawinąć w folię spożywczą i umieścić na ok. 15 min. w lodówce.
Rozgrzać piekarnik do temp. 180 st.C. Duże blachy wyłożyć papierem do pieczenia.
Wyjąć z lodówki jedną porcję ciasta (pozostałe niech dalej się chłodzą) i wałkować płaty gr. 3-5 mm (wałkować najlepiej między dwoma arkuszami papieru do pieczenia). Wykrawać foremkami dowolne kształty i układać na przygotowanej blasze.
Piec ok. 10-15 min., aż ciasteczka nabiorą koloru (ale uwaga! trzeba pilnować, bo w końcowej fazie pieczenia szybko brązowieją!).Pozostałe skrawki ciasta zagnieść ponownie w kulę, spłaszczyć, zafoliować i schować do lodówki, aby się schłodziło. W międzyczasie wycinać pierniczki z kolejnej porcji ciasta (i tak, aż do wykończenia).
Po wystudzeniu ozdabiać lukrem wykonanym na białkach jaj.
 
Nasze uwagi:
– zamiast podanych przypraw dałam całe opakowanie przyprawy piernikowej kotanyi plus 3 łyżki – zrobiłam z podwójnej porcji
– dałam tylko biały cukier
– w czasie rozpuszczania cukru z melasą zrobiły mi się grudki – uratowałam masę przecierając ją przez metalowe sitko (! nie plastikkowe bo się roztopi od gorąca!), ale następnym razem najpierw rozpuszczę cukier z odrobiną wody i dodam melasę/miód sztuczny (patrz uwaga niżej) przed punktem karmelizacji cukru.
– u nas czas pieczenia pierniczków (wałkowanych ok 2-3 mm) choinkowych to 6,5 minuty, a ścian domku to ok 8-8,5 min. Ściany domku były ciut grubsze, ok 3-4 mm.
– następnym razem spróbuję upiec tańszą wersję takich ozdób ze sztucznym miodem. W końcu i tak nikt już jeść ich nie będzie z tą ilością lukru, posypek i innych dekoracji ;)
– ciasto jest mega plastyczne i piecze się na idealnei równe i co ważniejsze paskie kawałki, bez zbytniego rośnięcia, co czyni je idealnym do ozdób i domków, ale w smaku nie powala. Takie ot kawiarniane pierniczki do kawy. Smaczne, znajdliwe, ale nie dają tego efektu "WOW" :D
 
Lukier robiłyśmy z białka licząc na jedno białko ok 1-1,5 szklanki cukru pudru. Póki co wyszło lukru z 4 białek. Dokładne ilości lukru i wymiary domku podam jak już stanie w całości samodzielnie ;)
 
Smacznego i miłej zabawy :)
 

Mięsne zapotrzebowanie na zime :)

Nie mam czasu ostatnio na pisanie, a jeśli los będzie dla mnie szczęśliwy, to będę miała go jeszcze mniej …
 
SONY DSC
 
Pomimo tego chcę spisać te smakowite dania jakie ostatnio zajadałam. Będzie więc mało słów, więcej zdjęć, przepis i obraz …
 
SONY DSC
 
Gdy mój Ukochany poskarżył się, że jeszcze nigdy nie zrobiłam mu smalcu, postanowiłam nadrobić zaległości. A do tego na wokandzie pojawiło się jeszcze francuskie rillettes, na które od dawna ostrzyłam sobie ząbki, jako że uwielbiam robić własne wędliny i przetwory …
 
SONY DSC
 
… Co tu dużo mówić! Smakowicie się nam robiło kanapeczki i zajadało w czasie koleżeńskich zabaw przy grze w Talizman :) Spróbujcie sami :)
 
 
Rillettes
 
1 kg surowego boczku (bez skóry i kości) i 1 kg tłustej karkówki pokroiłam w dużą kostkę (o boku na oko 3-4 cm). Mięso natarłam grubą solą morską (30 gram – 15 gr na 1 kg mięsa) wraz z drobno posiekanym (ja utarłam go wraz z solą) czosnkiem – 4 ząbkami i 2 dużymi cebulami, drobno posiekanymi. W gazę zawinęłam 5 średnich liści laurowych, 1 łyżeczkę ziela angielskiego, 1 łyżeczkę jałowca, 1 łyżkę suszonego majeranku, 1 łyżeczkę kminu rzymskiego. Mięso z solą, czosnkiem i cebulą można zostawić do marynowania na kilka agodzin (lub noc) albo od razu zacząć piec. Woreczek z przyprawami dodajemy do mięsa na czas pieczenia.
Przed pieczeniem zalałam mięso 1 1/2 szklanki wytrawnego wermutu i wody w proporcjach pół na pół (można użyć samej wody lub wina) i 1/2 szklanki stopionego smalcu (ok 100 g).
Piekłam w 80 stopniach Celsjusza przez 12 godzin. Piekłam tak przez noc, rano wyjęłam z piekarnika, mięso odsączyłam na durszlaku. Po tym czasie woreczek z przyprawami wyjęłam i wyrzuciłam a mieso – po przestudzeniu – podzieliłam pacami na drobne kawałeczki. Mięso wkładałam luźno (to ważne by wkładać luźno, by mięso dało miejsce płynowi, jaki będziemy wlewać do słoików) do wysterylizowanych* słoików. Odsączony płyn zagotowałam, aż był wrzący. Zalałam mięso w słoikach płynem.
Dodatkowo stopiłam smalec (można też użyć klarowane masło) i zalałam każdy słoik kilkoma łyżkami tłuszczu. Zakręciłam słoiki i zapasteryzowałam**. Takie rillettes można trzymać nawet ok. pół roku. Ja trzymam je w lodówce, ale podobno może też być w chłodnej spiżarce.
 
Źródło: Ten przepis to wypadkowa kilku przepisów, ale najważniejszy element czyli ilość płynu i tłuszczu do zalania mięsa oraz ilość soli, choć ze zmianami wzięty od Agnieszki z Kuchni nad Atlantykiem
 
Smalec z jabłkiem
 
1/2 kg słoniny i 1/2 podgardla pokroiłam w drobniutką kostkę (im drobniejsza tym mniejsze i bardziej chrupiące skwarki). Gdy już tłuszcz się zaczął topić, odlałam kilka łyżek na inną patelnię i zeszkliłam drobniutko posiekane 2 duże cebule. Na koniec do cebuli dodałam 3 łyżki majeranku i 3 jabłka szara reneta, starte na grubych oczkach tarki. Zawartość dodatkowej patelni dodałam do smalcu, gdy słonina i podgardle się stopiły i zostały same drobne skwarki. Na koniec dodałam ok 1-1,5 łyżeczki soli morskiej. Ale sól lepiej dodawać powoli, do smaku. Ja i tak wolę kanapkę ze smalcem posypać solą morską i zjeść z kiszonym ogórkiem, więc nie ma potrzeby by smalec był słony. Zamknęłam i schowałam do lodówki lub zimnej spiżarki.
 
* sterylizacja – włożyłam czyste słoiki do zimnego (!) piekarnika i włączyłam na 110 stopni Celsjusza na 40 minut. Zostawiłam w stygnącym, otwartym piekarniku aż ostygły.
** zapasteryzowałam słoiki o pojemności ok. 300-400 ml przez 45 minut w 110 stopniach Celsjusza (wkładając do zimnego piekarnika i zostawiłam w piekarniku aż piekarnik ostygł).
 
Smacznego.