Jak wino z pasztetami pożenić?

Czas leci nieubłaganie, a ja mam wrażenie, że przemyka mi pomiędzy górą planów, jakie snuję, jeszcze większą wieżą z marzeń i pragnień, ze wszystkich stron oblężony oczekiwaniami i kaprysami … moimi i cudzymi. 


Siadam więc z kubkiem herbaty, odpędzam natrętne myśli o czekających do wsadzenia ziołach, chleb sobie rośnie, a ja zaglądam do wspomnień i zdjęć ostatniego tygodnia. Zanim jednak podzielę się z Wami pięcioma dniami po brzegi wypełnionymi kulinarnymi szaleństwami w Akademii Kurta Schellera, już dziś pokażę Wam kilka migawek z soboty, kiedy to niezliczona (naprawdę niezliczona, sama już nie wiem ile nas tam było … ale na pewno było nas duuużo) grupa bloggerów (w tym jeden Winny Rodzynek) w kuchni Makro się spotkała.

Zaczęło się od win i na winach skończyło, a w miedzy czasie pasztety i sery, pogaduszki i śmiechy, uciszania i podpalania … ach, czego tam nie było.


Najpierw krwawą robotę trzeba było wykonać, więc rękawiczki na ręce kto chciał i za czyszczenie wątróbek drobiowych się towarzystwo zabrało. Kilka żyłek i błonek wyciętych, mięso pokrojone, szalotki poszatkowane, listki tymianku pieczołowicie zrywane z krzaczka i już na klarowanym maśle smażenie się zacząć mogło. Wtedy to najbardziej widowiskowy moment się zaczął, gdy winiak na patelni się znalazł, a w ruch poszły zapalniczki. Płomienie buchnęły i zapach piękny się uwolnił. Krótko to jednak wszystko trwało, bo przecież każdy wie, że wątróbki nie lubią na ogniu dużo czasu spędzić. Szybko więc do malaksera mięso powędrowało, gdzie z solidną porcją masła się spotkało i w try miga w gładką masę połączyło …


… ale nie żeby trochę ramionek pomęczyć nie trzeba było. W końcu francuskie pate robiliśmy, więc nasza masa z malaksera na sitko powędrowała, gdzie łyżką była przecierana. Potem już tylko chwil kilka potrzeba było, by pasztet do foremki wyłożonej folią powędrował. I już na tym można by poprzestać, ale w przedświątecznym nastroju jeszcze przybranie z jabłek i jabłkowej galaretki się pojawiło, by nasz smakołyk piękny spód dostał.


Do lodówki kokilki schowane, a my znów w sali konferencyjnej byliśmy, by o winach słuchać.

Gdyż to właśnie te rozkoszne trunki gwoździem programu były. O nazwach, o etykietach, o szczepach doświadczeni sommelierzy nam opowiadali. Elementy obowiązkowe etykiety wina i te dodatkowe, które czasem się pojawiają, o genezie nazw, o apelacjach, o kolorach, o smakach, o procentach i dodatkach …


… hojnie swą wiedzą się panowie dzielili, ale co by nie tylko na poważnie było, to i etykiety trunków, co to raczej winami nie mogą być nazwane się pojawiły. Śmiech był w całej sali, bo któż nie słyszał choćby o winie marki „Wino”. Zaraz też inne nazwy dały się słyszeć, a atmosfera od razu zrobiła się lekka.

Nastrój ten i przy stołach się utrzymał, gdy kolejne butelki były otwierane, a do nich towarzystwo wszelakich pasztetów i terrin oraz serów mnogość się pojawiła. O zmiennym smaku wina można się było przekonać, gdy najpierw łyk (lub li tylko przepłukanie kubków smakowych) w ustach się pojawił, a potem proponowany smak pasztetu czy sera. Własne też połączenia od razu się pokazały i jeszcze raz najważniejsza maksyma smaku się objawiła – nie ważne co mówi kanon, ważne co mówią Ci Twoje kubki smakowe!


Każdy z nas z zapamiętanymi ulubionymi smakami wyszedł, by do naszych pate zajrzeć, w dekoracje się pobawić, dodać a to konfitury z cebuli a to bakalii w miodzie. Jak widać moja wspaniała Para, Gospodarna Narzeczona (zdjęcie po prawej) w mazurkowym temacie już była, a mi zachciało się napisów, które uparcie nie chciały się stworzyć. Za to pomysłów już na podkręcenie smaku naszych smakołyków od razu pojawiało się więcej niż było nas. A to komuś morele się zamarzyły, a to lubczyk czy grzybki do głowy przychodziły. Ja oczywiście już nad gotowaniem sous vide się zastanawiałam i nalewek różne smaki chodziły mi po głowie. Kto wie, jak jeszcze przyjdzie nam zmieniać ten bazowy przepis?


Na zakończenie oczywiście sesje foto musiały się odbyć, a że wdzięcznym tematem były puste butelki, tak więc radosne i zadumane miny ponad nimi się pojawiały. Ekipa Makro wielkanocnie się z nami pożegnała, żurkiem i jedzeniem rozmaitym, jabłecznikiem i buteleczkami na drogę.


I tak skończyło się to blogowe spotkanie. Tym razem w większej i bardziej roześmianej grupie się odbyło, a i na inne elementy nacisk tym razem kładziono. I tak jest dobrze. W różnorodności spotkań jest największa zaleta. Raz bardziej kulinarnie, więcej gotujemy, bardziej na potrawach się skupiamy, innym razem znów wiedzę teoretyczną zdobywamy, w praktyce ją sprawdzając i porównując nasze doznania w szerszym gronie, niźli tylko w parach. Za wspaniałą atmosferę wielkie brawa się organizatorom należą. Wierzcie mi, kucharze do tak rozbawionego i „niesubordynowanego” towarzystwa raczej nie są przyzwyczajeni, ale uśmiech i spokój naszych kucharzy nie opuszczały, ani sommelierów, gdy najdziwniejsze propozycje mieliśmy :-)


Gdy wszyscy już do domów się rozjechali, w moim Szczęściu kilka Babeczek się spotkało. Wielkie i ambitne plany miałyśmy, by drożdżówki z rozkosznymi dżemami robić, by babę wielkanocną piec, a na obiad pizzą się posilić. Nic jednak z planów nie wyszło, ale ani przez chwilę tego nie żałowaliśmy, bo gdy Lo ze swym tortem się pojawiła, nie pozostało nam nic jak rozpłynąć się w zachwytach i zastanawiać która z warstw najprzyjemniej nasze podniebienia pieściła. Ja zakochałam się na zabój w kremie zabaglione z marsalą i figami i jeszcze dziś jak o nim pomyślę, to mam ochotę do kuchni biec i krem kręcić. Miękki biszkopt orzechowy i chrupka beza szczęście dopełniły, a my na pogaduchach czas spędziliśmy, zamiast rękawy zakasać i ciasta wyrabiać.


Sobota minęła, zaczęła się niedziela i kolejne plany się pojawiają, moc pomysłów rodzi się w głowie, a czas nie guma i wszystkiego nie chce pomieścić. I co tu poradzić? …

… Nic. Cieszyć się i planować dalej, a tego co wypadnie poza margines czasu nie żałować. Radować się tym co tu i teraz :-)

Do zobaczenia.

34 myśli nt. „Jak wino z pasztetami pożenić?

  1. Madziu droga, nie napisałaś, że tort był łysy, bo dekoracje cudne zostały w domu. I wyobraźnią trzeba było się posilić, żeby zwizualizować sobie te świeże figi owinięte nitkami karmelu. Lubię bardzo te nasze wspólne spotkania w Twoim SZCZĘŚCIU. Buziak.

  2. Łysy tort? No, to mi łyso, bo on i bez tych niewyobrażalnie pięknych ozdób wygląda cudownie. :-)
    Ciekawa, zabawna relacja. Polce ładnie w roli barmanki. :-)
    Pozdrawiam :-)

  3. Wspaniała relacja i wspaniały tort – mam nadzieję, że przepis pojawi się na blogu autorki tego wypieku.

    I pomysleć, że jeszcze niedawno zazdrościłyśmy, że za granicą odbywają się spotkania integracyjne blogerów kulinarnych. Teraz mamy to u siebie i możemy się cieszyć wspólnym gotowaniem.

    Pozdrawiam!

  4. Świetnie napisanie Tili. No i nawet moja fryzura załapała się na jednej fotce :) A tort wspaniały.

  5. Jednak jestem trochę fotogeniczna co? :)
    Pewnie to zasług butelek :D A raczej ich zawartości hihi :)
    Madziu wiesz co? Ty wiesz :)))))))
    :*

  6. Tili, ale ładnie posnułaś tę opowieść … Mogłabym tak czytać i czytać… Znów żałuje, że tak daleko mieszkam…:(.

    Polka, no pewnie żeś fotogeniczna:)

  7. No widzę dziewczyny, że zrobiłyście sobei jeszcze "afterparty". To prawda, że dość niesforne byłyśmy ale cóż wymagać, przecież nie jesteśmy profesjonalnymi kucharzami:) Pozdrawiam i czekam na Akademię Kurta Shellera. To brzmi dumnie!

  8. Tili,fajnie napisane.
    A ja nie mogłam spróbować tortu Lo…Chyba nie przeboleję…

  9. Tilli, wspaniała relacja! i te boskie zdjęcia, aż się głodna od samego patrzenia zrobiłam ;)

    Tort wygląda obłędnie! Gratulacje dla Lo. Ale jak Wy z Polką dałyście radę jeszcze chociaż kawałek zmieścić? Po tym warsztatowym jedzeniu?

    Miłego dnia!

  10. Jaki ładny tort! Musial smakowac świetnie :))
    No,ale w takim towarzystwie, wiadomo !:)
    Pozdrowienia:)

  11. od bab drożdżowych wolę te z ostatniego zdjęcia :)
    uwielbiam czytać Twoje relacje!

  12. Warsztaty musiały być i zabawne i pouczające, szkoda, że na naszej prowincji nikt ich nie chce zorganizować. Póki co, pozostaje mi polegać na własnych kubkach smakowych. A tort Lo obłędny, wolę go nad każdy pasztet!

  13. Lo, Kochana, tort łysy nie był, tylko był minimalistyczny po wierzchu, ale za to tak wiele miał dobroci w środku, że nic więcej nie było potrzeba :) Buźka :*

    Krokodylu, hihihi, i dobrze i wesoło :)

    Aniu, a dzięki piękne :) Tort rzeczywiście jak ze snów :)

    Haniu-Kasiu, no to już Lo trzeba pomęczyć by się z nami przepisem podzieliła :) Tak, fajnie jest się tak pointegrować, pogotować i degustować :)

    Kabamaigo, dzięki :) A fryzura rzeczywiście uwieczniona, zresztą w katalogu ze zdjęciami nie tylko fryzura się znalazła :)

    Poluś, no nie trochę, tylko bardzo, Ty Kokietko Kochana :* No ja wiem i Ty też wiesz :*

    Ewelajno, ja to się pewnie nawet za bardzo rozpisuję, ale nic już na to nie poradzę – taka gaduła ze mnie :)

    Atrio, ale w tej niesforności urok był :) Mam nadzieję, że Szefom Kuchni też się spodobał :)

    Amber, o tak, to trudno przeboleć, bo tort był rewelacja :)

    Eve, ten tort sam wchodził do brzuszka, taki pyszny był :)

    Majanko, otóż to :)

    Myniolinko, hihihi, no z nas takie baby właśnie :)

    Karolinko, macie w Krakowie Makro, trzeba do nich napisać i zmotywować powstanie warsztatów :)

  14. Tili! Wspaniała i smakowita relacja!
    Pozdrawiam Cię i cudownych świątecznych chwil życzę:)

  15. ;)
    ostatnie zdjęcie szalenie mi się podoba.
    Wesołych Świąt Tilli,
    mam dla ciebie małą niespodziankę ale cii.. na razie;)- po Świętach maila napisze.

  16. Tili, jak ja lubię Twoje opisy takich spotkań :)
    Błogosławionych Świąt! Buziaki.

  17. Ten czas jest wredny, to prawda, ech… A pasztet + wino, wiadomo, połączenie = :) Wygląda na świetną zabawę. Wesołych Świąt, Tili!

  18. M i S, radości, szczęścia, rodzinnej atmosfery i samych dobrych chwil w te świąteczne dni dla Was i najbliżsżych.

  19. Tili, na dalsze świętowanie takiego czasu jakiego pragnęłaś! Serdeczności wielkie!

  20. Spóźnione życzenia od opalonej Narzeczonej, wkrótce Ziemianki. Uśmiecham się przymilnie po zdjęcie mazurkowego pasztetu. ;-)))) Uściski.

  21. Pysznie to wszystko wygląda !
    Zazdroszczę Wam tych spotkań w gronie blogerek :) Chętnie wybrałabym się kiedyś na takie do Warszawy :)

  22. Kabamaigo, dzięki wielkie :*

    Anno-Mariu, dziękuję :)

    Olciakz, niespodzianka była rzeczywiście wspaniała – dzięki :*

    Majanko, dzięki :)

    Olu, a ja lubię je opisywać :)

    Ptasiu, była to wspaniała zabawa i oby więcej :)

    Alciu, było wesoło :)

    Lo, dzięki Kochana :*

    Krokodylu, :)))

    Atinko, dzięki :)

    Ewelajno, dziękuję :)

    Kasiu, opalona, mówisz – no proszę :) Mnie też już ciut słoneczko złapało :) Zdjęcia doszły, bo nie widzę u Ciebie mazurkowego pasztetu? :)

    Grażynko, zapraszam w takim razie, gorąco zapraszam do mnie :)

    Agatko, no wstyd, ale bez obaw, będą jeszcze okazje :)

    Oczko, o tego tortu to powinno być Ci żal, ale będą jeszcze takie miłe spotkania :)

    Dziękuję Wam wszystkim za miłe życzenia i mam nadzieję, że wybaczycie Ci mi ostatnią nieobecność na blogu :*

  23. Tilli, dziękuję ! W maju wybieram się do Wrocławia na warsztaty kulinarne Festiwalu Kultury Żydowskiej, ale w czerwcu pomyślę o Warszawie :)

  24. Witam mam pytanko czy można by podać przepis na ten bajeczny tort na biszkopcie orzechowym.?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *