Komuś dymka? :D

Rzuciłam palenie! Yupi! Ale tak zupełnie z dymka nie zrezygnuję. W końcu nie ma to jak wędzona rybka, a nie ma wędzenia bez dymu, prawda? :)
 
Dawno nie było mnie na blogu. Zbyt dużo się działo, a ja przede wszystkim potrzebowałam odpoczynku. Nie chwili na kanapie, nie wolnego weekendu, ale prawdziwych wakacji. Wakacji, których nie mieliśmy od ostatnich 4 lat. Wyjazdu w nowe miejsce, zresetowania myśli i uczuć, dni, ba! nawet tygodni … całe moje ciało domagało się już tego, okrutnie zmęczone, każdą nawet najmniejszą komórką domagało się słońca, relaksujących spacerów. Nie lubię odpoczywać w bezruchu. Leżenie na plaży nie jest dla mnie, ale już spacer z Ukochanym i psem brzegiem morza, przetykany wędrówkami po polach czy w lesie, zaglądanie codziennie do innej małej restauracyjki, próbowanie najróżniejszych smakołyków to ideał mojego odpoczynku.
 
Zdjęcie panoramiczne tuż przy AgroChłopach z widokiem na pola je otaczające. Cudowne miejsce na spacery :)
 
I tak, gdy tylko nadarzyła się okazja, złapałam za telefon i w pierwszym miejscu, gdzie miło zareagowano na moje pytanie o przyjazd z psiakiem zarezerwowałam pokój. Sms do męża "Wyjeżdżamy za kilka dni do Chłopów". Maleńkiej mieściny, zabytkowej wsi rybackiej, z portem dla maleńkich kutrów, do agroturystyki (strona Fb klik klik), gdzie właścicielka Ula tak entuzjastycznie zareagowała na moje pytanie czy można przyjechać z psem, że aż się mi ciepło na serduszku zrobiło. Gdyż wierzcie mi, nie jest łatwo wyjechać z czworonogiem. Wiele ofert, choć obiecuje doskonały wypoczynek dla rodziny z psem, ukrywa wymóg, że pies musi być cały czas na smyczy i w kagańcu, bez rozróżniania na zachowanie, bez indywidualnego podejścia. Tutaj jednak i ludzie i psiaki byli witani przez niezwykle sympatycznych właścicieli, Ulę i Darka oraz przez ich dwa psiaki, labradorkę Milkę i uroczego mieszańca Wedla, a także trzy koty.
 
Kutry wyciągnięte na plaże i widok z plaży na fragment przystani w Chłopach.
 
Ale, ale … miało być o wędzeniu przecież :)
 
Z samego rana mój Ukochany, zostawiając mnie wciąż śpiącą w łóżku wybrał się na polowanie … a dokładnie wycieczkę do kutrów i kupno świeżutkich, dopiero co złowionych fląder, moich absolutnie ulubionych bałtyckich ryb, których najadłam się przez ostatnie 2 tygodnie w ilościach hurtowych, a i tak jeszcze mi mało :)
 
Obudził mnie zapach świeżutkich jagodzianek z maleńkiej piekarni w Chłopach, a gdy leniwie rozbudzałam się przy rewelacyjnym śniadaniu szykowanym przez Ulę i Darka w Agrochłopach, rybki czekały na pojawienie się kolejnych wędzalniczych czeladników :) Zajadaliśmy wspaniałą pastę rybną, autorstwa Darka, raczyliśmy się doskonałymi placuszkami z jabłkami i porzeczkami i przy kawie rozmawialiśmy, gdzie tym razem będziemy spacerować w czasie, gdy rybki będą pływać w solance.
 
Nabijanie na haki fląder, wyjętych z solanki. Suszenie na słońcu.
 
No właśnie, o solance z jajem pływającym trzeba by opowiedzieć. Wiadomo, że rybkę przed wędzeniem trzeba zasolić. Jednym ze sposobów jest solanka. Ale ile dać soli? Oto jest pytanie! Wystarczy zrobić dziecięcy eksperyment i przy okazji pobawić się trochę. Do miski z wodą wkłada się świeże jajo i sypie soli, mieszając, aż jajo wypłynie na powierzchnię. Nie brzmi zabawnie? Wiem, że nie brzmi, ale to były wakacje, miejsce pełne sympatycznych ludzi, a śmiechom nie było końca, bo i nie wiele było potrzeba by się śmiać, gdy jest się w miłym towarzystwie :)
 
Choć dla nas wędzenie było pełne śmiechu i radości, to cały czas wiedzieliśmy, że wędzenie to przede wszystkim czas, dużo cierpliwości i równie dużo wyczucia.
 
Bartek, nasz wędzalniczy mistrz przy pracy. Pogaduszki przed ogniskiem,
w czasie oczekiwania na wyniki dymnej magii.
 
Wyczucia co dodać do solanki (np. liście laurowe lub różne zioła), wyczucia czy temperatura nie za szybko wzrasta w kominie wędzarki, wyczucia jakie drewno najlepiej nada się do danej rybki czy mięsa. Wędzenie to względnie prosty proces, o którym wiele można nauczyć się samemu, ale nie ma to jak rozmawiać z kimś kto się na tym zna, kto podzieli się wiedzą, trikami czy własnymi wątpliwościami.
 
Flądry i filety dorsza przed wędzeniem.
 
W wędzeniu jest coś z wypieku chleba. Niewiele czasu na aktywną pracę, dużo czasu na oczekiwanie na zakończenie naturalnie toczących się procesów. 4-5 godzin, gdy rybki pływały w solance, 1 godzina, gdy suszyły się na słońcu, 3 godziny, gdy dym czynił swoją magię. Prawdziwy slow food :)
 
Ognisko. Wyjmowanie ryb z wędzarki.
 
Ten czas, podobnie jak w czasie wypieku chleba, nie jest czasem straconym. My tego dnia najpierw wybraliśmy się na cudowny spacer po plaży i polach, a gdy upał zagnał nas z powrotem w cień jabłoni i domu, siedzieliśmy z przemiłymi ludźmi rozmawiając nie tylko o wędzeniu, bawiąc się z psem, podpatrując koty, układając drwa do ogniska, które potem umilało nam czas.
 
Wędzona flądra. Wędzony filet z dorsza. Mój Certyfikat Młodszego Wędzarza :D
 
Wędzenie zawsze kojarzyło mi się ze wspaniałym, niespiesznym czasem lata i wczesnej jesieni. Nawet w naszym Elysium planujemy zbudować malutką wędzarkę. Tutaj mieliśmy doskonały dowód, że wędzenie to nie tylko sposób na to, by zajadać własnoręcznie przygotowaną rybkę, ale i zrobić coś co wywoła uśmiech na twarzy. Wędzenie to okazja by nie tylko przygotować wspaniałe jedzenie, ale robić to na luzie i w dobrym towarzystwie :)
 
Wędzone dorsze w pobliskim barze w Mielenku
(niestety nie pamiętam nazwy – pierwszy od wjazdu od strony Chłopów). Pyyycha :)
 
Kiedy jednak nie ma możliwości, by samemu uwędzić, albo gdy będziecie w okolicy smażyć się na plaży, jest kilka miejsc, gdzie można zjeść naprawdę dobre, autentyczne jedzenie … a i każde z tych miejsc jest psiolubne :) Powyżej jest zdjęcie z barku w Mielenku – pierwszy barek po wjeździe od strony Chłopów. Zjedliśmy tam tak doskonałego dorsza, że do tej pory ślinka mi leci na jego wspomnienie. Świeżo wyjęty z dymu, wciąż ciepły mmmm cudowne doznanie.
 
Kuchnia Polowa tuż po wjeździe do Sarbinowa od strony Chłopów.
Grochówka, wędzony trewal i karmazyn. Mniam :)
 
Drugie miejsce ze wspaniałym jedzeniem jest tuż po wjeździe do Sarbinowa. Kuchnia polowa i ogromna wędzarka, jak zaczarowana szafa z przejście do Narnii gwarantują na stole kremową żołnierską grochówę i wędzone rybki. Tym razem postanowiliśmy spróbować czegoś sprowadzonego – trewal i karmazyn były soczyste, aromatyczne, a jednocześnie każdy smakował inaczej, swoim własnym, prawdziwym smakiem, nie zabijanym żadnym wędzalniczym płynem czy innymi sztucznymi wynalazkami.
 
Smażalnia-Wędzarnia Rybka, w uliczce tuż przy kościele w Sarbinowie.
Najlepsza smażona flądra i dorsz z chrupką panierką i czosnkowym masełkiem. Mmmmmm :)
 
Poza wędzonymi rybkami zajadaliśmy się też smażonymi flądrami i dorszami. Niestety w wielu smażalniach, szczególnie tych przy głównej ulicy takich małych nadmorskich miejscowości nie ma co liczyć na dobre jedzenie. Przesmażone ryby, panierki nasiąknięte tłuszczem lub rozmoknięte i odpadające. Jedna smażalnia jednak zachwyciła nas na tyle, że zjedliśmy tam kilka razy. To było miejsce o prostej i wdzięcznej nazwie "Rybka", w małej uliczce tuż przy kościele w Sarbinowie (miejscowość tuż przy Chłopach, w stronę Szczecina). Panierka chrupka i przylegająca do ryby, mięso ryby soczyste i idealnie wysmażone, na koniec okraszone czosnkowym masłem i podane z cytrynką. Najlepsza smażona rybka tego lata :)
 
Urlop dobiegł końca, ale ani zwiedzanie i poznawanie naszego wybrzeża ani wędzalnicze poszukiwania i nauka nie kończą się. Już planuję kolejne miejsca do wyjazdów, budowanie wędzarki w Elysium i inne ciekawostki :)
 
 
Wędzenie fląder
Flądra (głowa odcięta i wnętrzności wyjęte przez małe dziurki, by jak najmniej naruszyć skórę) zostawiona w solance (sól, ziele angielskie i liście laurowe) przez 4-5 godzin. Potem suszona przez godzinę na słońcu, po włożeniu na haki, na których potem wisiała w kominie wędzarki. Do wędzenia drewno drzew owocowych (u nas była śliwa, ale Bartek mówił, że lepsza byłaby jabłoń) a temperatura w wędzarce nie przekraczała ok 60 stopni Celsjusza. Czas wędzenia ok. 3 godzin.
Smacznego :)
 
 
Więcej zdjęć znad morza już wkrótce na moich FB stronach – Kuchnia Szczęścia i Arthas, Kochany Łobuziak.

5 myśli nt. „Komuś dymka? :D

  1. wędzona rybka, ach, uwielbiam! nawet wczoraj mówiłam do mamy, że zjadłabym wędzonego pstrąga ;-)
    a! i gratuluję rzucenia palenia, super!

  2. Super, że o tym napisałaś. Jest też to topowe zdjęcie z dymem, które tak mi się spodobało :) A panoramkę, to czym robiliście?
     
    buziaki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *